Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka Komuno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka Komuno. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 marca 2013

Ciastka „Komuno, wróć!”

Ciastka „Komuno, wróć!”
Dzisiaj miałam dzień z tych, co to proszę nie pytać. Już w połowie takiego dnia człowiek ma ochotę wziąć łyżeczkę do marynat i się zakopać. Powiem tylko tyle: przepisy, które musi stosować Urząd Pracy, uczą bezrobotnego dwóch rzeczy: bezradności albo cwaniactwa. Trzecie wyjście, które polega na powolnym wracaniu do stanu zatrudnienia – nie istnieje.
Tyle na ten temat, bo podobno nic, tylko narzekam. Założę sobie bloga alternatywnego, i tam będę jęczeć. A tu tylko: ciu ciu puciu, tirli tirli, cmok cmok. Same dobre rzeczy. W końcu jestem zdrowa na ciele (umysł mam kaprawy od urodzenia), a do domu dotarłam w jednym kawałku, więc powinnam o tym pisać, a nie o jakiś tam… pierdoletach.
No, więc. W połowie tego obrzydliwego dnia uświadomiłam sobie, że kiedy moje małżeństwo z Nieświętej Pamięci Byłym Mężem weszło w stadium agonalne, ja zamykałam się w ślepej kuchni i piekłam. Pieczenie mnie jakoś wyciszało. Przed pieczeniem nie miałam oporów. Na myśl o pieczeniu nie zbierał mi się w gardle wielki paw.
Zasługi chyba trzeba podzielić sprawiedliwie między jakiegoś Boba budowniczego, który stawiał nasz dom w Katowicach a moją mamę.
Bob budowniczy postawił dom z cyklu dom wzorcowy. Kuchnia miała chyba z 15 metrów i ja, oprócz swojego pokoju, miałam w tej kuchni swój własny kąt. Kiedy mama zabierała się za robienie obiadu, ja – jak dzisiaj sądzę – plątałam jej się pod nogami i trzeszczałam bez chwili przerwy.
Z wczesnego dzieciństwa pamiętam taką scenę. Mama wyciąga stolnicę. Ma robić makaron. No to i ja swoją malutką stolniczkę – pierdut! Mama wyciąga wałek. To i ja swój miniaturowy. Mama sypie na swoją stolnicę mąkę. Patrzy na mnie i mówi:
- Masz tu mąkę. Masz tu wodę.
A po chwili:
- A masz i jajko!
Oczywiście głosem takim, jakby mnie miała zamordować.
Więc ja już w połowie tego koszmarnego dnia… co ja opowiadam. Więc w południe, kiedy było tak miło, w powietrzu roznosił się cudny smród zgnilizny i nawet dało mi się cudem odskoczyć przed autobusem, który za chwilę by mnie ochlapał, poczułam w sobie powołanie do pieczenia.
No.
Jak postanowiłam, tak i uczyniłam.
Upiekłam se ciastka „Komuno, wróć!”. Tak, kurna. Właśnie tak.
Wzięłam kostkę masła (20 deka) i około 25 dag mąki. Posiekałam je. Dodałam cukier waniliowy – bo taki miałam dziś kaprys – i do tego dowaliłam 20 dekową kostkę białego sera, serek waniliowy „Bieluch” oraz jedno żółtko.
Kulę z tych składników wraziłam na najniższy poziom lodówki i schłodziłam.
Następnie ją rozwałkowałam niezbyt cienko. Tak prawdę mówiąc – to nawet całkiem grubo. Pocięłam na kwadraty.
No i teraz, żeby te ciastka naprawdę miały czar PRL-u, to by je było trzeba nadziać marmeladą wieloowocową twardą. Otóż marmelady wieloowocowej twardej nie miałam na stanie, miałam za to konfiturę z płatków róży. No to dałam, a co. Kwadraty zlepiłam, wsadziłam do piekarnika, po czym – tak, dzieci, brawo, zgadłyście! – upiekłam.
Zrobiłam – i mam.
Tylko że u mnie z tymi ciastami to coś jak u Mozarta z fletem. Mozart nie cierpiał fletu. Utwory na flet pisał wyłącznie na zamówienie, płatne z góry.