5 maja 2007
(zaczątek tej notki ukazał się niegdyś na „Towarach”. Ze względu na tematykę oraz nowe fakty i przemyślenia, wieszam ją tutaj)
Przyznaję bez bicia: lubię amerykańskie filmy adresowane do analfabetów. Dowiedzieć się sie można z nich rzeczy dziwnych i ciekawych.
Czy zwróciła pani uwagę, Madame, ze Amerykanie na tych filmach, kiedy wchodzą do domu, wchodzą przez kuchnię? W butach, w płaszczu, ociekający od deszczu, lądują w kuchni. Dopiero potem, przez nią, udają sie na pokoje. A kiedy maja problem – to już tak nawiasem – to w tych butach, w których przybieżeli, walą się na łóżko, w pościel. Słyszałam też, że mają fioła na punkcie higieny, ale na podstawie filmów wnioskuję, że to tylko taka propaganda.
Z sypialni wracamy jednakowoż do kuchni. Nieważne, czy akcja filmu toczy się na Środkowym Zachodzie, w Bostonie czy na Manhattanie, zawsze wchodzi się przez kuchnię.
W Polsce tez widziałam mieszkania, w których architekt podobnie myślał o przestrzeni. Obydwa powstały na przełomie Tego W Okularach i Tego Na Jeża. Do pierwszego M wchodziło sie wprawdzie do przedpokoju, potem do pokoju, a z pokoju do kuchni, ale coś za coś. Mieszkanie to miało tylko jedną ścianę, która nie była szczytowa. Zważywszy, ze na piętrze usytuowano sześć takich mieszkań, było to mistrzostwo świata. Ciekawe, ile trzeba wypić, żeby coś takiego wymyślić?
W każdym razie osoba tam mieszkająca ustawiła tapczan, oczywizda zwodzony, na tej to właśnie nieszczytowej ścianie. Zaraz po obudzeniu przed jej oczami roztaczała sie wspaniała panorama drzwi wejściowych i przedpokoju. Gdyby nie to, ze mam sypialnię, w której można zamknąć drzwi, chyba by mnie sczyściło z zazdrości.
Drugie M natomiast wyglądało tak: wchodzimy do kuchni. Z kuchni do przedpokoju czy czegoś w rodzaju śluzy, a z tej śluzy mamy drzwi do trzech pokojów.
Amerykański sposób organizacji przestrzeni zaczyna i u nas zdobywać coraz więcej zwolenników. Są to hektary powierzchni, otwartej przestrzeni, gdzie w jednej izbie mamy kuchnię, salon, sypialnię, pokój do pracy i jako kto chce. Na środku dumny właściciel odwala ladę kuchenna, przy której prezentuje swoje umiejętności kulinarne. Na ogol są one rzeczywiście niezwykłe: zalicza się do nich nastawienie mleka na zsiadłe, nalewanie piwa i wykładanie na talerze zamówionej przez telefon pizzy.
We wnętrzu tym, powodującym nerwicujace poczucie, ze oto nie ma sie gdzie tutaj schować, człowiek zawsze albo siedzi pod kiblem, albo patrzy na drzwi od kibla.
I nie dziwne. Kiedy nawet właściciel wchodzi, jak służba, wejściem kuchennym, zasługuje na takie widoki. A gość w końcu wróci do siebie i będzie sobie kontemplował drzwi od własnego kibelka.
Nieco inaczej sprawa wygląda, gdy spojrzeć na to okiem antropologa. Wtedy otwarcie kuchni na pokoje jest czymś więcej niż tylko ziszczonym snem nawalonego architekta. Kuchnia, w której są drzwi, to kuchnia staroświecka, do której byle kto nie ma wstępu. Pracownia alchemika, miejsce magiczne i tajemnicze. Lada czy wyspa i otwarcie na resztę mieszkania sugerują, że oto wszyscy wspólnie możemy się w takim samym stopniu bawić przy robieniu posiłku. Ta ostatnia koncepcja zupełnie mi nie odpowiada. Kuchnia to dla mnie prawie jak sypialnia – teren mój, mój własny. Żadna zabawa nie jest mi w stanie zrekompensować faktu, że oto oddałam we władanie komuś obcemu swoje terytorium. Oczywiście, w takiej przestrzeni teoretycznie można gotować i przy tym nie tracić kontaktu z gośćmi. Pytanie tylko, czy ludzie rzeczywiście mogą sobie pozwolić na taki tryb życia. W jakim stopniu wykorzystują te możliwości, które im oferuje tak zorganizowana przestrzeń?
Proszę bardzo: swego czasu umówiłam się z pewną znajomą u siebie w domu. Chodziło o dłuższą rozmowę – ja miałam opowiadać, ona notować, bo zbierała materiał do reportażu. Pora była popołudniowa, czyli obie byłyśmy po obiedzie. Z jakichś, zupełnie dla mnie niezrozumiałych, przyczyn, znajoma uparła się siedzieć w kuchni. Proponowałam salon ze trzy razy – ale nie chciała. Nie byłam w stanie prowadzić poważnej rozmowy i równocześnie mieszać w garach. Tym sposobem znajoma dostała dwie albo trzy herbaty, i na tym koniec. Kawy nie, bo pijała rozpuszczalną, a takiej w domu nie miewam.
Albo taka sprawa. Z moją przyjaciółką M. widujemy się ostatnio raz na parę miesięcy. No bo tak. Ja chodzę do pracy na ósmą nad ranem i kończę ją o 16.00. Ona – idzie do roboty kole południa, za to wychodzi z niej koło 20.00. W tej sytuacji należałoby się spotkać o 21.00, a półtorej godziny później zakończyć spotkanie, gdyż – jak wspomniałam – na ósmą do roboty wstać muszę. Oczami wyobraźni już widzę, jak to wspólnie gotujemy.
I czegóż tu wam życzyć, ludzie, u progu tego pogodnego lata? Zamkniętej czy otwartej przestrzeni? No cóż, to zależy od człowieka – jak odpowiadali respondenci na każde bez wyjątku pytanie ankietowani podczas badan terenowych.
***
Natomiast racuchy Cota można zrobić w dowolnej przestrzeni – byleby nie kosmicznej.
W tym celu się miesza półlirowy kubek jogurtu wiśniowego z żółtkiem (albo dwoma) i dodaje do niego tyle mąki, żeby powstało dość gęste ciasto. Dodaje się szczyptę soli, a kto nie ma zaufania do rzeczywistości, może dodać łyżeczkę sody. Następnie ubija się białko (albo dwa), które zostało od żółtka (albo od dwóch) i łączy się je z ciastem. Do ciasta się dodaje: cienko poszatkowane jabłka, plasterki bananów i – w sezonie – połówki wypestkowanych śliwek. Smaży się na oleju, jak wszystkie inne racuchy.