Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przegryzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przegryzki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

Styropian z jeżynami

Styropian z jeżynami

12 sierpnia 2008

Tak, tak. Dawno nie było nowej notki. Ja naprawdę nienawidzę gotować. Pisać ostatnio też nie bardzo. Na wakacjach schudłam ze trzy kilo mimo dostarczania organizmowi jednego do dwóch ptysiów dziennie z cukierni „Ptyś” w Sztutowie. A wróciłam do domu, jem mniej i waga w gorę jebut! poszła.
Żeby jakoś dotrwać do obiadu jedzonego w domu, jednak na ruszt coś wrzucić trzeba. Ja ostatnio wynalazłam następujący zestaw:
Styropian (pieczywo z ciemnego ryżu – ja biorę okrągłe Sonko, absolutnie jałowe, bez soli), na to warstwa „Bielucha”, na to świeże jeżyny.
Zrobiłam też konfiturę w dwóch wersjach z płatków róż. Aż się wstydzę, że się takimi bzdurami zajmowałam. O konfiturze zatem innym razem, bo najpierw musiałabym napisać wprowadzenie o ciotce Polce, która wcale nie była moją ciotką, a to za pracochłonne jak na taki upał.
Adje się z Państwem.

Na początku był głód – czyli podpłomyk, soczewica i massa krówkowa

Na początku był głód – czyli podpłomyk, soczewica i massa krówkowa
24 lutego 2008

Na pewno już wspominałam, że jestem kretynem topograficznym. Objawia się to tak, że nie pamiętam drogi. Tylko samochodem wprawdzie, piechotą trafiam wszędzie. Niestety – nie wszędzie da się dojść per pedes na czas. Poza tym nie mam pamięci do twarzy, których to twarzy następnie nie kojarzę z nazwiskami. Nie mam pamięci także do fabuł. Prawdę mówiąc – fabuły mnie nie interesują i nie mają dla mnie większego znaczenia. Z tego powodu prawie nie czytam beletrystyki, bo nawet w trakcie nie jestem w stanie zbornie opowiedzieć kto z kim, po jaką cholerę, dla jakich korzyści.
A notki nowej od jakiegoś czasu nie ma, bo książkę czytałam. Nie beletrystyczną, niech Bóg zabroni, normalną. Marka Konarzewskiego „Na początku był głód”. To się czyta jak kryminał. Łyknęłam, trawiłam, potem pomyślałam, że wstawię notkę. Cały problem w tym, że kiedy czytałam, nie robiłam stosownych notatek. I zanim te notatki zrobię to pewnie jesień już będzie.
Więc mogę krótko: świetna książka. A teza jej jest taka. Człowiek jest ofiarą swojego sukcesu ewolucyjnego. Osobliwym przykładem na to są ci ludzie (to jest większość), którzy tyją. Człowiek ma po prostu paleolityczny genotyp, przystosowany do okresów głodu i obżarstwa, a nie do przetworzonych produktów z hipermarketów. Właśnie z powodu tego przystosowanie sprzed milionów lat diety nie skutkują, a na dłuższych przebiegach i dalszej niż tygodniowa perspektywie sieją w organizmie, jak to jest z dietą Atkinsa, który to Atkins – co należy podkreślić nie bez satysfakcji – zmarł na serce, a nie powinien, skoro tak zdrowo się odżywiał. Nadto nigdy jeszcze jedzenie nie było tak łatwo dostępne jak obecnie. Trzeba się było fest nakręcić, żeby coś zdobyć. Nawet padlina nie była tak prosta do zdobycia. Weź tu i odpędź głodnego dzikiego kota, który sobie coś upolował.  W porównaniu do innych zwierząt człowiek nie jest ani zręczny, ani szybki. Jego siła tkwi w postawie dwunożnej, w tym, że poci się całą powierzchnią ciała (czyli ma świetne chłodzenie) i może zwierzynę od niego silniejszą i szybszą po prostu zamęczyć, podążając za nią truchcikiem. Ale paczka czipsów nie ucieka, żaden trucht tu potrzebny nie jest.
Bardzo mnie książka Konarzewskiego podniosła na duchu. Nie raz i nie dwa gadałyśmy z Dzie(g)ciem, że ja mam jaskiniowy przewód pokarmowy. Tak, querva, lubię mięso. Moi przodkowie byłi padlinożercami i kanibalami. Wasi też – chociaż możecie tego nie przyjmować do wiadomości. Nie mam enzymów do trawienia białek z mleka i mleka nie pijam. Jeśli chcę się żle poczuć powinnam zjeść twarogu. Ja was brzuchy po twarogu nie bolą to pewnie pochodzicie bardziej niż ja od tych neolitycznych nieszczęśników, którzy zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, hodować bydło i zasuwać przy żarnach. Życie łowcy-zbieracza było stokroć przyjemniejsze i zdrowsze niż rolnika – pasterza. Łowcy mieli ponad 1,80 wzrostu. Niby bardziej ewolucyśjnie zaawansowani rolnicy skarleli do 1,55.
Na fali tych rozważań antropologiczno- dietetycznych upiekłam podpłomyki, zrobiłam pierogi ze soczewicą, a na końcu postawiłam przyjemny nowoczesny akcent, sporządzając massę krówkową.
Podpłomyki zrobiłam nie szczypiąc się specjalnie. Jakieś półtorej szklanki mąki zagniotłam z jajcem i wodą – tak, żeby powstało dość luźne ciasto. Dodałam do niego pół łyżeczki soli. Nie wiem, czy człowiek neolitu dysponował solą. Pewnie jeden tak, a inny nie. Jeśli kogoś to strasznie ma dręczyć, mogę jutro zapytać jakiegoś archeologa od nas. Ja tam sól miałam i dałam. Ciasto wałkowałam na bardzo cienkie placki i smażyłam na lekko natłuszczonej patelni dopotąd aż się nie zaczęły tworzyć purchle (na podpłomyku, nie na patelni). Bardzo wesoło, a co smrodu było w mieszkaniu – no całkiem jak w kurnej chacie!
Ugotowałam też pierogi ze soczewicą, b to jedna z najstarszych roślin uprawnych. Nie jestem skądinąd pewna, czy oddałabym za miskę soczewicy pierworództwo. Ale tak sobie w sumie teoretycznie bryluję, bo to ani głodna nie jestem, ani młodszego rodzeństwa nie mam.
Z tego wszystkiego najprzyjemniej robi się massę krówkową, kajmakową zwaną. Puszkę się wstawia do gara z wodą i można się zająć ciekawszymi rzeczami niż kuchnia.
Dwie dziurki w nosie, na tym skończyło-sie, a trzecia w dupie, słuchajcie głupie.

Chipsy pomarańczowe, pełne witamin, konserwantów i bogate w pestycydy

Chipsy pomarańczowe, pełne witamin, konserwantów i bogate w pestycydy
22 listopada 2007

Najpierw była próba kostiumowa, a następnie występki gościnne. Przyjaciel otrzymał Gloria Artis, goście natomiast strawę dla ducha oraz dla ciała owszem też. Ja dostałam prezent perwersyjny od losu. W drodze na miejsce wręczania moja komórka zaczęła wrzeszczeć wielkim głosem (tak, mam bogatą kolekcję dzwonków i obecnie SMS-a sygnalizuje mi Wiewiór z Epoki Lodowcowej, biegnący z okrzykiem za orzeszkiem). Pani Iza wróciła do pracy! Tylko w soboty, tylko na kilka godzin, tylko… tylko się natychmiast umówiłam na najbliższą sobotę, więc nawet nie miałam szczególnych kompleksów, że w danym momencie kieckę mam nową, a fryzurę z prekambru.
Po powrocie do domu z ty wielki radości sporządziłam chipsy pomarańczowe.
Pokroiłam dwie pomarańcze w cienkie plasterki. Na szatkownicy – podejrzewam, że przy krojeniu ręcznym nie bardzo by to miało sens – po prostu zbyt wiele soku by wyciekło. Plasterki te następnie ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia. Wynalazcy papieru do pieczenia należy się, moim zdaniem, przynajmniej pomnik. Każdy plaster posypałam cukrem kryształem. Dość hojnie, ale nie pytajcie, ile tak konkretnie. Mniej więcej na jeden plaster jedna angielska łyżka do deserów – czyli większa niż do herbaty, a nieco mniejsza niż do zupy. Plasterki te suszyły się, ale też proszę nie pytać ile i w jakiej temperaturze. Coś tak chyba koło setki, może 20 minut. A może nie.
Uzyskuje się takie plastry, jakie czasem się trafiają w ozdobnych potpourri. Trochę to przypomina domowej produkcji lizaka. Chodzi jednak o to, żeby zachować zimną krew i wbrew wszelkiej logice poczekać, aż te plastry nieco zbrązowieją, czyli cukier na nich się skarmelizuje (w przeciwnym razie będą deczko gumowate, a chodzi o to, żeby chrupały pod zębami). Ten słodkawo, gorzkawo, kwaśnawy smak jest zaiste świetny.
Od kilku dni jestem podpytywana, czy bym znowu nie zrobiła takich chipsów. No, może bym i zrobiła, ale ileż to roboty! I bałagan straszny w chałupie, a weź tu i rób takie fiu bździu, jak w przedpokoju zawsze stoi dyżurny obskurny – worek ze śmieciami do wyniesienia.
Tak sobie myślę, tak myślę sobie, że takie plasterki to by świetnie wyglądały na choince zamiast bombek. O ile komuś się chce bawić w takie pierdoły, na co chyba trochę szkoda młodego życia.
A poza tym – od lat nie robiłam na drutach, a bardzo lubię. I mam nową włóczkę. I wizję swetra. Więc plasterki to raczej każdy musi sobie zrobić sam.
Może dodam jeszcze, że jak się pieką, to zajebiście pachną. Zupełnie, jakby w nich nie była ani jednego pestycyda, słowo.

Jujk

Jujk
11 listopada 2007

Wspominałam, że szkolny plecak Dziecia został się mocno kontuzjowanym? Wspominałam, ale nie tu. A, co tam. W sumie nie dziwne, bo to jest plecak leciwy. No, to wybrałyśmy się po nowy. Miałyśmy na oku taki jeden z Samsonite. Plecaka nie kupiłyśmy, ponieważ miał nieadekwatnie wywaloną w Kosmos cenę w stosunku do tego, co sobą reprezentuje (jedna komora, miękkie plecy, niezbyt dobrze pomyślane szelki).
W międzyczasie tak zwanym Dzieć zgłodniał, więc poszedł coś wrzucić na ruszt. A ja, jako osoba niegłodna, postanowiłam racjonalnie wykorzystać ten czas i udałam się do sklepu, który lubię. W najbliższy czwartek jeden z moich wieloletnich przyjaciół otrzyma odznaczenie Gloria Artis i ja naprawdę nie mam się w co ubrać. Chyba, że dżinsy i polarowa bluza na taką okoliczność są strojem comme il faut, co przypuszczam, że wątpię.
Wypatrzyłam sobie kieckę. Jedną jedyną taką; najwyraźniej na mnie czekała. Kiecka ta uszyta jest z czarnej, w znacznej mierze jedwabnej, koronki i ma wszytą pod spód halkę na ramiączkach. Zaczęłam niezbyt równą walkę z zakładaniem kiecki, kiedy zadzwonił telefon. Więc wkurwiłam po raz pierwszy, albowiem wprawdzie udało mi się wrazić lewą rękę w lewy rękaw, ale adekwatne ramiączko od halki oplotło mi lewy cyc. Trzeba się było z tego wyplątać i odebrać telefon.
Zaczęłam walczyć z kiecką od nowa. Lewy rękaw i lewe ramiączko znalazły się po właściwej stronie ciała. Tymczasem ramiączko prawe żyło jakimś bytem odrębnym i znalazło się między prawą pachą a plecami. Telefon zadzwonił po raz drugi. To się wkurwiłam drugi raz. Oczywiście, kiedy już miałam kieckę na sobie założoną w sposób prawidłowy, pieprzona metka i zabezpieczacz przed kradzieżą wylądowały Nie Wiadomo Gdzie, telefon zadzwonił po raz trzeci, a mnie po raz trzeci chycił wkurw, czemu dałam wyraz (a nawet kilka wyrazów) do aparatu.
Spojrzałam w lustro i się wkurwiłam po raz czwarty. Kiecka świetna, tylko pani w kiecce taka sobie. Coś jak baleron. Lubię baleron. Kupiłam.
Następnie udałam się, przepychając się wśród jakiegoś dzikiego tłumu, w rajd po sklepach z bielizną, celem nabycia majtek obciskających. Dopadłam je i podczas przymiarki wkurw mnie chycił po raz (straciłam rachubę). Nie wiem, komu te majtki są potrzebne, poza producentem. W majtkach czy bez, różnica żadna. Nie kupiłam.
Po drodze usiłowałam zrobić zakupy spożywcze. I mi się przypomniały czasy komuny. No bo dzisiaj, w święto, sklepy są zamknięte. Na tę to okoliczność wczoraj, czyli w sobotę, zabrakło rzeczy podstawowych. Chleba niedobitki, jajka tylko po dwanaście sztuk (po huk mi dwanaście jajek?!), masło takie, jak lubię, wyszło nie oglądając się za siebie. Znowu się wkurwiłam.
Wypieprzę ciuchy, których nie noszę ? pomyślałam sobie. – Może mnie to jakoś odstresuje.
Na skutek wypieprzania rzeczy starych, nieodpowiednich, znoszonych, w całej komodzie zostały mi dwie rzeczy, z czego jedna byle jak pocerowana (bo dobrze nie umiem), na skutek tego, że mi się w nią jakiś czas temu móle wdali. Znów mnie szlag trafił. To w czym ja mam chodzić?
Ale człowiek to się nie uczy na błędach. Pomyślałam sobie, że ta kiecka wprawdzie zajebista jest, ale raczej na uroczystość wręczania przyjacielowi Gloria Artis, w biały dzień, na salonach, przez ministra (okurde, jakiego ministra? Przecież Kazimierz Michał w niełasce?) to się chyba jednak nie bardzo nadaje. Przymierzyłam jeszcze górę od garsonki od Armaniego. Że niby poleci do dżinsów i białej bluzki (której nie mam). Ledwo się dopięłam. To jak, cyc mi na stare lata urósł jeszcze bardziej?!
I wkurwiłam się wkurwieniem wielkim, tak wielkim jak wielka jest pustka w szafie mojej, jak wielki jest mój baleron, jak wielki jest śmiech lustra mego, jak bardzo podobna do kupy nieszczęścia jest fryzura moja. I przypomniałam sobie w dobroci swojej, że kiedy się wkurwiałam wkurwieniem wielkim na byłego męża mego, zamykałam się w ślepej kuchni i piekłam.
Pół kostki masła zagotowałam ze szklanką wody i szczyptą soli. Wsypałam szklankę mąki i rozmieszałam, uzyskując gigantyczną kluchę. Wbiłam po jednemu cztery jajka, wgniatając je w kluchę. Następnie do kluchy wrzuciłam startego na drobem tarle żółtego sera (jakieś trzy garście), wgniatając je w kluchę. Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia kładłam kulki ciut większe od orzecha włoskiego, po czym piekłam w temperaturze 180° aż były upieczone. Zażarłam jeszcze ciepłe, bo mi wszystko jedno. I tak nie mam co na siebie włożyć.