Notka, w którey autor sie wstydzi, bo sie zepsuł
18 listopada 2011
I oto stało się coś, czego się strasznie wstydzę. Dwa dni pod rząd zrobiłam ciepłą kolację. Z jednej strony – nie powinnam o tym pisac, bo to mi psuje czarny pijar. Z drugiej – muszę podzielić z kimś tą niedolą. Złamałam zasady, zgrzeszyłam, postąpiłam niegodnie. Ponieważ każde zachowanie przynosi jakąś korzyść, zastanawiam się, jaką korzyść miałam z tego, że zrobiłam kolację. No dobra, miałam kolację. Ale bardzo krótko.
Kolacja składała się z dwóch elementów: grzanek i sałatki.
Sałatkę stanowił ugotowany, oskórowany bób wymieszany z kaparami. Zalany sosem z kwaśnej śmietany i majonezu (w proporcji 3:1), czosnku, pieprzu cytrynowego, odrobiny soli i soku z cytryny.
Grzanki powstały na bazie ciemnej ciabatty osmarowanej gorgondzolą i posypane grubo posiekanymi orzechami włoskimi.
Dzisiaj po południu wyruszam na poszukiwane grupy wsparcia, bo całkiem się chyba zepsułam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bób. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bób. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 marca 2013
sobota, 23 marca 2013
Mięta z bóbrem
Mięta z bóbrem
29 lipca 2005
29 lipca 2005
Upadek cywilizacji zaczyna się od kuchni. Rzymianie, kiedy ich kultura chyliła się ku upadkowi, żarli i rzygali na przemian. Bulimia była normą kulturową, jak mniemam, bo przecież nawet mieli vomitaria, czyli specjalne pomieszczenia do zdrucania.
Upadek naszej cywilizacji zaczyna się właśnie teraz; mam na myśli szaleństwo idiotycznych diet. Co do upadku jednostki to nie mam jasności, ale myślę, że jednak dróg do niego jest więcej.
Mój osobisty dzisiejszy upadek był taki, że nie miałam ochoty jeść gołego schabu, co się jeszcze został od Babki i Dziadka. No to tak. Rzuciłam jednym i drugim ojejusiem. Pokroiłam pomidory, kiszone ogórki, cebulę, rzodkiewki. Zblanszowałam kalafior. Pokroiłam Francuza. Wszystko wymieszałam. Posoliłam ździebełko vegetą, skleiłam odrobiną majonezu i musztardy francuskiej.
Zmywanie mnie upokorzyło okropnie. Wyszłam z domu i na pociechę kupiłam sobie nowe, zarąbiste buty i tort bezowo kawowy. Buty założyłam i w nich paraduję po domu. Moja przyjaciółka M. będzie miała ból przepony od śmiechu, bo one dla mnie mają niebotyczny obcas, a dla niej taki obcas to jest zwykłe nic. Zmierzyłam przymiarem liniowym: całe 2 i pół centymetra.
A na kolację będzie bób. Najpierw go zblanszuję. Potem przez całe Wolne Księstwo Muranów przetoczy się moja skarga na urządzenie tego świata. Bób obiorę z łupy. Trzy wielkie zęby czosnku posiekam drobno (bo z wyciskacza nie jest taki smaczny, a poza tym rzucony na patelnię przypala się, a mnie nie ma prawa się przypalić, bo by mi zmarnował cała robotę i dzień do reszty). Do siekania dodam trochę vegety, żeby lepiej puścił sok i uwolnił swoje cudowne aromaty. Bób wrzucę na patelnię z rozgrzaną oliwą, dodam czosneczek, pomieszam i gorące zjem. Całość popchnę tortem bezowym.
Z tego całego nawet myślenia o garach rozbolały mnie nogi. No bo przecież nie od butków, nie?!
Upadek naszej cywilizacji zaczyna się właśnie teraz; mam na myśli szaleństwo idiotycznych diet. Co do upadku jednostki to nie mam jasności, ale myślę, że jednak dróg do niego jest więcej.
Mój osobisty dzisiejszy upadek był taki, że nie miałam ochoty jeść gołego schabu, co się jeszcze został od Babki i Dziadka. No to tak. Rzuciłam jednym i drugim ojejusiem. Pokroiłam pomidory, kiszone ogórki, cebulę, rzodkiewki. Zblanszowałam kalafior. Pokroiłam Francuza. Wszystko wymieszałam. Posoliłam ździebełko vegetą, skleiłam odrobiną majonezu i musztardy francuskiej.
Zmywanie mnie upokorzyło okropnie. Wyszłam z domu i na pociechę kupiłam sobie nowe, zarąbiste buty i tort bezowo kawowy. Buty założyłam i w nich paraduję po domu. Moja przyjaciółka M. będzie miała ból przepony od śmiechu, bo one dla mnie mają niebotyczny obcas, a dla niej taki obcas to jest zwykłe nic. Zmierzyłam przymiarem liniowym: całe 2 i pół centymetra.
A na kolację będzie bób. Najpierw go zblanszuję. Potem przez całe Wolne Księstwo Muranów przetoczy się moja skarga na urządzenie tego świata. Bób obiorę z łupy. Trzy wielkie zęby czosnku posiekam drobno (bo z wyciskacza nie jest taki smaczny, a poza tym rzucony na patelnię przypala się, a mnie nie ma prawa się przypalić, bo by mi zmarnował cała robotę i dzień do reszty). Do siekania dodam trochę vegety, żeby lepiej puścił sok i uwolnił swoje cudowne aromaty. Bób wrzucę na patelnię z rozgrzaną oliwą, dodam czosneczek, pomieszam i gorące zjem. Całość popchnę tortem bezowym.
Z tego całego nawet myślenia o garach rozbolały mnie nogi. No bo przecież nie od butków, nie?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)