Zamiast kanapki-nudziary
14 września 2008
Lato szlag trafił. Sandalesy warto by było pochować do szafy, ale się nie chce. Bo zimno. I wilgotno. A przecież takie sandalesy najpierw trzeba wyczyścić, co jest mokrą robotą brudną, nieprzyjemną i w ogóle – błeh. To ja co. To ja zrobiłam kapuśniaczki. Bo chociaż to robota paskudna, to i tak czystsza od czyszczenia butów. No, a po upieczeniu można zostawić piekarnik otwarty i po pierwsze, robi się trochę cieplej, po drugie, dom wydaje się bardziej domowy, a po trzecie będzie co wziąć ze sobą do pracy i szkoły zamiast kanapki – nudziary.
Jeśli czuje, że jej myśli dają się we znaki, jeśli spać nie może albo sobie miejsca znaleźć, jeśli chłop ją rzucił albo ona chłopa, niech zrobi sobie kapuśniaczki.
Niech przygotuje 35 deka mąki pszennej. 30 deka mąki niech wywali na stolnicę, a do niej niech pizgnie 3 deka drożdży rozpuszczonych uprzednio w trzech łyżkach ciepłej wody, pół szklanki ciepławego mleka, łyżeczkę soli, dwa jajka i niech wyrobi z tego gładkie, elastyczne ciasto. Jeśli będzie za bardzo się kleić do rąk, niech podsypie mąką, której wszak odważyła sobie trochę więcej. Może przy tym sobie śpiewać dowolne pieśni, ale najlepiej pasuje tu piosenka Kasi Klich „pokroiłam, ugotowałam, przypaliłam i się zmęczyłam” – czy jakoś tak.
Następnie, jak już będzie miała to ciasto w postaci gładkiej, elastycznej do obrzydliwości kuli, niech je rozwałkuje na kształt prostokąta. Na ten to prostokąt niech poukłada to tu, to tam wie – wiórki z masła, cienkie bardzo. Ciasto niech złoży jak kopertę i rozwałkuje je cienko. Następnie znowu niech wyłoży wie- wiórki z masła i znów niech wałkuje. I tak usquam mortem defecatem, aż zużyje pół kostki masła.
Następnie niech rozwałkowane ciasto pokroi na kwadraty, ponakłada na nie nadzienie – takie jak do pierogów z kapustą i grzybami – niech je poskleja tak, żeby kapucha siedziała w środku, osmaruje rozkubełtanym jajkiem, posypie kminkiem i wstawi do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Przepis na motywach przepisu Małgosi Musierowicz. Upierdliwość roboty wynagradza smak ciasta, łączącego w sobie zalety ciasta drożdżowego z zaletami ciasta francuskiego.
Cóż za szkoda, że do tych kapuśniaczków nie pasuje kruszonka. No ni cholery nie pasuje. Żeby nie wiem jak kombinować, to od czapy by było. A obiecało się Spt przepis na kruszonkę. Ale co tam. Bo zdecydowanie wolę placek ze śliwkami z kruszonką niż bez kruszonki. Chociaż – w razie czego – bez kruszonki zjem też.
Kruszonka może się składać z: 10 deka mąki pszennej, 1/3 kostki masła i ¼ szklanki cukru. Na temat jej sporządzania w doktrynie zdania są podzielone. Jedni siekają wszystko na stolnicy jak leci, aż uzyskają coś w rodzaju kaszy manny. Inni mężowie uczeni topią masło i gorące wylewają do mąki wymieszanej z cukrem, a następnie palcami sporządzają kruszonkę. Jeszcze inni to masło studzą i dopiero potem mieszają. Ja tam ortodoksyjna nie jestem oraz niemarudna konsumpcyjnie jak już tak idę z gębą po kolędzie, i mi gantz pommada und wurst jaką technologią ta kruszonka będzie zrobiona, ale słuchaj Spt, co Ty z nią jeszcze możesz zrobić.
Otóż możesz posypać śliwki płatkami migdałowymi i dopiero na to pizgnąć tę kruszonkę. Możesz też dodać do niej pół łyżeczki świeżo utłuczonego ziela angielskiego i łyżeczkę mielonego imbiru i postąpić jak wyżej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta słodkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta słodkie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 marca 2013
sobota, 23 marca 2013
Ojejka, haniebnie dzisiaj zaspałam
Ojejka, haniebnie dzisiaj zaspałam
23 grudnia 2005
… mawiała przez pierwsze dwa tygodnie mojego burłakowania w korporacji Marzenka. Wpadała zwykle około wpół do dwunastej, a jeśli cierpiała na poranną bezsenność – przed jedenastą. Wszyscy mieli obowiązek przychodzenia na 9.00.
Siedziałyśmy w pokoju we dwie – Daneta kurowała złamane śródstopie, na które upuściła sobie skrzynkę z narzędziami swojego szwagra. Może to zresztą była skrzynka piwa, kto tam szwagra wie.
Tak czy owak śródstopie było złamane, a czasy w korpo przyjemne – ze złamana nogą nie chadzało się do Arbeitu. Jak wszystko, i to się miało wkrótce zmienić.
Po dwóch tygodniach poprosiłam Marzenkę, żeby mi nie wciskała kitu.
Ja natomiast wczoraj naprawdę haniebnie zaspałam. Radiobudzik rżnął jakąś koszmarną melodię, to go uziemiłam, koty mi zrobiły okład, no i jak się dobrowolnie obudziłam, było wpół do dwunastej. Miałam cztery godziny w plecy.
Za to przynajmniej będę wyspana – pocieszyłam się.
Na fali radosnego uniesienia tym faktem sporządziłam
Piernik alternatywny
Bo tamten, który upiekłam z myślą o świętach – jak Jasio: nie doczekał.
Trzy jajca utarłam z półtorej szklanki cukru i pół kostki masła. Dowaliłam hojnie 3 łyżki miodu, 3 łyżki sody i trzy szklanki mąki. Ciasto to nie dawało się wygnieść ręcami, więc sypałam mąkę tak długo, aż to było możliwe. Przepis stanowił jeszcze o trzech łyżkach wody, ale ja o niej zapomniałam.
Podzieliłam ciasto na trzy części, każda z nich została rozwałkowana na placek i upieczona (wstawiona do nie nagrzanego piekarnika).
Trzy czwarte szklanki kaszy manny gotowałam na gęsto w lirze mleka. Utarłam kostkę masła z półtorej szklanki cukru pudru i dodałam wystudzoną kaszę mannę. Krem zaprawiłam olejkiem cytrynowym. Jak ktoś lubi zapach gniecionej pluskwy, może dać migdałowy. Kremem przełożyłam placki. Ciasto nakryłam poszewką od poduszki (no czystą, czystą), bo nie miałam wolnej ściereczki i odstawiłam do Dziecia pokoju, żeby nie kusiło.
Bezskutecznie. Ciast jest pycha.
Żeby nie wyżerać ciasta z kremem, wzięłam się za
kruche pierożki
2 szklanki mąki, smalcu (przepis stanowi: pół kostki, ale ja miałam domowy smalec, z którego zresztą Leon mi wyżarł skwarki), jajco, ćwierć szklanki jogurtu naturalnego, pół łyżeczki sody oczyszczonej skatowałam tak, że powstało ciasto.
Ciasto to pizgłam do lodówki. Chciałam zanurzyć się w necie i złożyć Wam indywidualnie i mailowo życzenia. No i figę – odpadł mi klawisz „M” z klawiatury. Naprawić tego samodzielnie się nie dało.
W tempie zaiste imponującym wyskoczyłam z pidżamki, spakowałam sprzęt i pognałam do pana naprawiacza. Odebrać go jednakowoż mogłam dopiero dzisiaj.
Z tej rozpaczy zrobiłam nadzienie do pierożków –czyli kapuchę kiszoną z grzybami i cebulkiem.
Ja zawsze mówiłam, że jak robak czegoś nie chce jeść, co do tej pory konsumował z radością, to to się i dla ludzi nie nadaje. No i badylarze nas raczą taką kapuchą – koszmarnie twardą, żeby robactwo jej nie żarło. Ale moja była mięciutka, z chrzanowym posmakiem, kiszona przez Babkę z Dziadkiem.
Pierożki nadziałam tym nadzieniem i upiekłam w piekarniku na 170 stopni nastawionym, przez jakieś 25 minut.
A teraz udaję się składać Wam życzenia indywidualnie i daj Boże, że o nikim nie zapomnę, ani się w tym nie pogubię. Tak mi dopomóż Bóg.
23 grudnia 2005
… mawiała przez pierwsze dwa tygodnie mojego burłakowania w korporacji Marzenka. Wpadała zwykle około wpół do dwunastej, a jeśli cierpiała na poranną bezsenność – przed jedenastą. Wszyscy mieli obowiązek przychodzenia na 9.00.
Siedziałyśmy w pokoju we dwie – Daneta kurowała złamane śródstopie, na które upuściła sobie skrzynkę z narzędziami swojego szwagra. Może to zresztą była skrzynka piwa, kto tam szwagra wie.
Tak czy owak śródstopie było złamane, a czasy w korpo przyjemne – ze złamana nogą nie chadzało się do Arbeitu. Jak wszystko, i to się miało wkrótce zmienić.
Po dwóch tygodniach poprosiłam Marzenkę, żeby mi nie wciskała kitu.
Ja natomiast wczoraj naprawdę haniebnie zaspałam. Radiobudzik rżnął jakąś koszmarną melodię, to go uziemiłam, koty mi zrobiły okład, no i jak się dobrowolnie obudziłam, było wpół do dwunastej. Miałam cztery godziny w plecy.
Za to przynajmniej będę wyspana – pocieszyłam się.
Na fali radosnego uniesienia tym faktem sporządziłam
Piernik alternatywny
Bo tamten, który upiekłam z myślą o świętach – jak Jasio: nie doczekał.
Trzy jajca utarłam z półtorej szklanki cukru i pół kostki masła. Dowaliłam hojnie 3 łyżki miodu, 3 łyżki sody i trzy szklanki mąki. Ciasto to nie dawało się wygnieść ręcami, więc sypałam mąkę tak długo, aż to było możliwe. Przepis stanowił jeszcze o trzech łyżkach wody, ale ja o niej zapomniałam.
Podzieliłam ciasto na trzy części, każda z nich została rozwałkowana na placek i upieczona (wstawiona do nie nagrzanego piekarnika).
Trzy czwarte szklanki kaszy manny gotowałam na gęsto w lirze mleka. Utarłam kostkę masła z półtorej szklanki cukru pudru i dodałam wystudzoną kaszę mannę. Krem zaprawiłam olejkiem cytrynowym. Jak ktoś lubi zapach gniecionej pluskwy, może dać migdałowy. Kremem przełożyłam placki. Ciasto nakryłam poszewką od poduszki (no czystą, czystą), bo nie miałam wolnej ściereczki i odstawiłam do Dziecia pokoju, żeby nie kusiło.
Bezskutecznie. Ciast jest pycha.
Żeby nie wyżerać ciasta z kremem, wzięłam się za
kruche pierożki
2 szklanki mąki, smalcu (przepis stanowi: pół kostki, ale ja miałam domowy smalec, z którego zresztą Leon mi wyżarł skwarki), jajco, ćwierć szklanki jogurtu naturalnego, pół łyżeczki sody oczyszczonej skatowałam tak, że powstało ciasto.
Ciasto to pizgłam do lodówki. Chciałam zanurzyć się w necie i złożyć Wam indywidualnie i mailowo życzenia. No i figę – odpadł mi klawisz „M” z klawiatury. Naprawić tego samodzielnie się nie dało.
W tempie zaiste imponującym wyskoczyłam z pidżamki, spakowałam sprzęt i pognałam do pana naprawiacza. Odebrać go jednakowoż mogłam dopiero dzisiaj.
Z tej rozpaczy zrobiłam nadzienie do pierożków –czyli kapuchę kiszoną z grzybami i cebulkiem.
Ja zawsze mówiłam, że jak robak czegoś nie chce jeść, co do tej pory konsumował z radością, to to się i dla ludzi nie nadaje. No i badylarze nas raczą taką kapuchą – koszmarnie twardą, żeby robactwo jej nie żarło. Ale moja była mięciutka, z chrzanowym posmakiem, kiszona przez Babkę z Dziadkiem.
Pierożki nadziałam tym nadzieniem i upiekłam w piekarniku na 170 stopni nastawionym, przez jakieś 25 minut.
A teraz udaję się składać Wam życzenia indywidualnie i daj Boże, że o nikim nie zapomnę, ani się w tym nie pogubię. Tak mi dopomóż Bóg.
Głupiego kocha robota
Głupiego kocha robota
7 grudnia 2005
No i tak. Piernik fermuje. Ciastek z maszynki na razie niet, gdyż maszynka jest cała wysmarowana towotem i wymaga wygotowania w jakichś stosownych płynach. Jak Babka z Dziadkiem wygotują, to dadzą.
A rzuciłoby się coś na słodki ząbek – kak gawariat’ Angliki.
Nawet kupiłam ciasteczka w takiej jednej cukierni, ale były paskudne. Moja kotka Nikita, która lubi słodycze – nie dała atestu. Robiła takie wielkie mainkunie oczy, jakby chciała zapytać:
- I ty to jesz?!
I co tu robić. Na zrobienie czeka praca, ale termin nie jest na wczoraj. Oj, ciężko pracować nie na wczoraj, ciężko jak cholera. Można wysprzątać szafkę pod zlewem. Albo umyć podłogi. A żesz, pies drapał szafkę, i te małe pieski toże. To może chociaż ciasto czekuladowe?
No i tak. Piernik fermuje. Ciastek z maszynki na razie niet, gdyż maszynka jest cała wysmarowana towotem i wymaga wygotowania w jakichś stosownych płynach. Jak Babka z Dziadkiem wygotują, to dadzą.
A rzuciłoby się coś na słodki ząbek – kak gawariat’ Angliki.
Nawet kupiłam ciasteczka w takiej jednej cukierni, ale były paskudne. Moja kotka Nikita, która lubi słodycze – nie dała atestu. Robiła takie wielkie mainkunie oczy, jakby chciała zapytać:
- I ty to jesz?!
I co tu robić. Na zrobienie czeka praca, ale termin nie jest na wczoraj. Oj, ciężko pracować nie na wczoraj, ciężko jak cholera. Można wysprzątać szafkę pod zlewem. Albo umyć podłogi. A żesz, pies drapał szafkę, i te małe pieski toże. To może chociaż ciasto czekuladowe?
3/4 szklanki śmietanki kremówki, 3 łyżki kakao i pół szklanki cukru ubić i zagotować mieszając, po czym wystudzić wkładając garnek do większego z zimną wodą.
Ja się nie obcyndalam, wstawiam do zlewu albo wanny.
Przy czym nie mam pojęcia, po co to się wcześniej ubija. Mogę się tylko domyślać, że po to, żeby się nie zwarzyło w czasie gotowania. Ale to robocza hipoteza.
Piekarnik nagrzać do 175 °, blachę keksową wysmarować masłem i wysypać mąką albo bułką. Ja wysypałam utartymi biszkoptami.
12 dag masła utrzeć z połową szklanki cukru i dodawać po jednym jajcu, a ma być ich aż dwa.
Do tego wsypać 17 dag mąki i półtorej łyżeczki proszku do pieczenia, wlać przestudzoną śmietankę i dobrze ubić.
Ciasto rypnąć do foremki, foremkę do piekarnika na górną półkę piec 50 minut. Circa.
Po wyjęciu z piekarnika ciasto wywalamy spodem do góry, na folię aluminiową. Wiem co mówię, z tą folią.
Tera się bieremy za glazur. 10 dag cukru pudru mieszamy z 2 łyżeczkami kakao i wlewamy tyle wrzątku, żeby to miało konsystencję gęstej śmietany. Smarujemy boki i wierzch ciasta. Ciasto wstawiamy do lodówki, żeby nam glazur zastygł na skorupę.
Glazur ten ma sznyt zaiste real socjalistyczny i przypomina produkta czekoladopodobne. Albo polewę z ”ciepłych lodów”, co to ja je uwielbiam. No, co ja poradzę. Lubię, i już.
Kiedy ten glazur zastygnie, robimy polewę czekuladową.
Do miseczki wrzucamy 5 dag połamanej na kawałki czekolady deserowej, miskę umieszczamy w łaźni wodnej bain marie zwanej i czekamy, aż się czekolada rozpuści. Jak się komuś nudzi – może w niej mieszać. Dodajemy łyżkę słodkiej śmietanki, łyżeczkę cukru pudru łyżeczkę masła.
Smarujemy nią ciasto.
Ciasto owijamy szczelnie folią i chowamy do lodówki. Może tam tak leżeć nawet dwa tygodnie, ale wątpię, żeby się utrzymało. Dwa dni leżenia jednak są zalecane, bo to ciasto zachowuje się trochę jak piernik – im jest starsze tym wilgotniejsze, dzięki czemu lepiej smakuje.
No i tak. Ciasto jest, ale jakby go nie było. Powinno poleżakować. Chyba odsmażę sobie piure ziemniaczane i odgrzeję zupę ogórkową. Niby to nie słodycze, ale też dobre.
Ja się nie obcyndalam, wstawiam do zlewu albo wanny.
Przy czym nie mam pojęcia, po co to się wcześniej ubija. Mogę się tylko domyślać, że po to, żeby się nie zwarzyło w czasie gotowania. Ale to robocza hipoteza.
Piekarnik nagrzać do 175 °, blachę keksową wysmarować masłem i wysypać mąką albo bułką. Ja wysypałam utartymi biszkoptami.
12 dag masła utrzeć z połową szklanki cukru i dodawać po jednym jajcu, a ma być ich aż dwa.
Do tego wsypać 17 dag mąki i półtorej łyżeczki proszku do pieczenia, wlać przestudzoną śmietankę i dobrze ubić.
Ciasto rypnąć do foremki, foremkę do piekarnika na górną półkę piec 50 minut. Circa.
Po wyjęciu z piekarnika ciasto wywalamy spodem do góry, na folię aluminiową. Wiem co mówię, z tą folią.
Tera się bieremy za glazur. 10 dag cukru pudru mieszamy z 2 łyżeczkami kakao i wlewamy tyle wrzątku, żeby to miało konsystencję gęstej śmietany. Smarujemy boki i wierzch ciasta. Ciasto wstawiamy do lodówki, żeby nam glazur zastygł na skorupę.
Glazur ten ma sznyt zaiste real socjalistyczny i przypomina produkta czekoladopodobne. Albo polewę z ”ciepłych lodów”, co to ja je uwielbiam. No, co ja poradzę. Lubię, i już.
Kiedy ten glazur zastygnie, robimy polewę czekuladową.
Do miseczki wrzucamy 5 dag połamanej na kawałki czekolady deserowej, miskę umieszczamy w łaźni wodnej bain marie zwanej i czekamy, aż się czekolada rozpuści. Jak się komuś nudzi – może w niej mieszać. Dodajemy łyżkę słodkiej śmietanki, łyżeczkę cukru pudru łyżeczkę masła.
Smarujemy nią ciasto.
Ciasto owijamy szczelnie folią i chowamy do lodówki. Może tam tak leżeć nawet dwa tygodnie, ale wątpię, żeby się utrzymało. Dwa dni leżenia jednak są zalecane, bo to ciasto zachowuje się trochę jak piernik – im jest starsze tym wilgotniejsze, dzięki czemu lepiej smakuje.
No i tak. Ciasto jest, ale jakby go nie było. Powinno poleżakować. Chyba odsmażę sobie piure ziemniaczane i odgrzeję zupę ogórkową. Niby to nie słodycze, ale też dobre.
Mamma mia, mamma łyga
Mamma mia, mamma łyga
13 października 2005
en placek był hitem w naszej niepełnej, dysfunkcyjnej rodzinie zeszłego roku. Obawiam się, że w tym roku sprawy potoczą się podobnie, bo już byłam o niego nagabywana. Oczywiście udałam, że nie słyszę.
Placek jest dietetyczny. Jego nieszkodliwość przetestowałam na mojej przyjaciółce M., która zamiast bujać się na huśtawce, bujała się w szpitalu po zapaleniu otrzewnej. W dwa dni po operacji personel pomylił diety (a może miał coś krzywo zapisane). Przychodzę ja przed szychtą do M. i co widzę ja? Widzę, że dostała: bułę, masło, marmeladę i mortadelę. Mortadela, mortadela, wszystkie serca rozwesela, świątek piątek czy niedziela, mortadela, mortadelaaaa! (ja to zaśpiewałam. Kiedyś nagram i wstawię linka jako MP3. Na pewno jestem lepsza od Mandaryny).
Może zresztą to nie była mortadela tylko pasztetowa. Ale jeżeli się mylę, to tylko co do faktów. Jest więc też możliwość, że mojej przyjaciółki nic nie jest w stanie wykończyć.
Placek się robi tak.
20 deka mąki pszennej (najlepiej krupczatki) sieka się z 10 deka masła. To coś ma przypominać bułkę tartą. Teraz trzeba wlać tyle zimnej wody, żeby zlepić to-to w kulę. Potrzeba mniej więcej 2 łyżki wody.
Tortownicę (wysmarowaną masłem i obsypaną mąką) wylepia się ciastem. Dziubie się je gdzie niegdzie z pasją. No bo co, kurcze blade! Wstawia do nagrzanego na 220˚ piekarnika na 15 minut.
W tym czasie wyciska się na wyciskaczu do cytrusów dwie cytryny.
6 pełnych łyżek mąki kukurydzianej miesza się w garnku ze szklanką wody i sokiem z cytryn. Stawia się na ogniu i gotuje się, póki masa nie zgęstnieje. Można przy tym przeklinać urządzenie tego świata. Następnie dodaje się 20 deka cukru, miesza, po czym dodaje się 4 żółtka (po kolei, nie naraz, cholera ciężka).
Masę wylewa się na upieczony spód i wstawia do piekarnika na jakieś 10 minut. Ja trochę zmniejszam moc grzania, a wy róbta co chceta.
To straszne, ile musi przejść człowiek, któremu przyszło coś ugotować. Nawet się mówi, że los coś zgotował.
13 października 2005
en placek był hitem w naszej niepełnej, dysfunkcyjnej rodzinie zeszłego roku. Obawiam się, że w tym roku sprawy potoczą się podobnie, bo już byłam o niego nagabywana. Oczywiście udałam, że nie słyszę.
Placek jest dietetyczny. Jego nieszkodliwość przetestowałam na mojej przyjaciółce M., która zamiast bujać się na huśtawce, bujała się w szpitalu po zapaleniu otrzewnej. W dwa dni po operacji personel pomylił diety (a może miał coś krzywo zapisane). Przychodzę ja przed szychtą do M. i co widzę ja? Widzę, że dostała: bułę, masło, marmeladę i mortadelę. Mortadela, mortadela, wszystkie serca rozwesela, świątek piątek czy niedziela, mortadela, mortadelaaaa! (ja to zaśpiewałam. Kiedyś nagram i wstawię linka jako MP3. Na pewno jestem lepsza od Mandaryny).
Może zresztą to nie była mortadela tylko pasztetowa. Ale jeżeli się mylę, to tylko co do faktów. Jest więc też możliwość, że mojej przyjaciółki nic nie jest w stanie wykończyć.
Placek się robi tak.
20 deka mąki pszennej (najlepiej krupczatki) sieka się z 10 deka masła. To coś ma przypominać bułkę tartą. Teraz trzeba wlać tyle zimnej wody, żeby zlepić to-to w kulę. Potrzeba mniej więcej 2 łyżki wody.
Tortownicę (wysmarowaną masłem i obsypaną mąką) wylepia się ciastem. Dziubie się je gdzie niegdzie z pasją. No bo co, kurcze blade! Wstawia do nagrzanego na 220˚ piekarnika na 15 minut.
W tym czasie wyciska się na wyciskaczu do cytrusów dwie cytryny.
6 pełnych łyżek mąki kukurydzianej miesza się w garnku ze szklanką wody i sokiem z cytryn. Stawia się na ogniu i gotuje się, póki masa nie zgęstnieje. Można przy tym przeklinać urządzenie tego świata. Następnie dodaje się 20 deka cukru, miesza, po czym dodaje się 4 żółtka (po kolei, nie naraz, cholera ciężka).
Masę wylewa się na upieczony spód i wstawia do piekarnika na jakieś 10 minut. Ja trochę zmniejszam moc grzania, a wy róbta co chceta.
To straszne, ile musi przejść człowiek, któremu przyszło coś ugotować. Nawet się mówi, że los coś zgotował.
Głuszenie kotów a problem karpatki
Głuszenie kotów a problem karpatki
12 października 2005
Czasem samo gotowanie dałoby się jakoś jeszcze przetrzymać, ale wszystko to, co dookoła niego… cholera! Często problem sprowadza się do tego, jak się pozbyć domowników.
Na przykład Nieświętej Pamięci Były Mąż w pewnym sensie nie nastręczał większych kłopotów. Na ogół nie było go w domu, gdyż w tym czasie się rozwijał, a jak był, to spał, bo się zmęczył rozwijaniem. Przez sen NPBM rozwiązywał problemy. Wyłącznie intelektualne. Problemy bytowe pozostawiał mnie. Czyli nawet jak był, to nie kręcił się po kuchni.
Jak człowiek ma przed sobą batalię kuchenną w postaci pieczenia dwóch ciast naraz, to musi zacząć od zgłuszenia kotów. Jest to trudne, ponieważ kot nie pies – nie jest łakomy, nie jest przekupny, nie sprzeda wolności za byle przekąskę. Kręci się pod nogami po kuchni z miną „Daj, pani, daj!” niekoniecznie po to, żeby naprawdę coś wyłudzić. Kręcenie się pod nogami samo w sobie jest ciekawe.
A człowiek głupieje. Ja mam słabość zwłaszcza do Nikity i traktuję ją jak dwulatka.
- Marchewka – powiadam i daję jej powąchać. – Kotki nie jedzą.
- Pomidorek. Kotki nie jedzą.
Tak zdrabniamy i wąchamy. Mięsko. Kotki jedzą. Kukurydza z puszki. Kotki jedzą, jeszcze jak. Bób. Kotki jedzą. Awokado. Jedzą. Piwo. Kotki piją – Leon zawsze kombinuje, jak się napić.
Więc przed pieczeniem dwóch ciast należy kotki zgłuszyć czymś, co kotki jedzą. Ja ugotowałam kurze żołądki (bo serc nie było) i je niby to zostawiłam na stole. Kradzione nie tuczy, a daje mnóstwo radości. Kiedy Leon przyniósł mi kolejny żołądek i złożył w ofierze na kolanach, mogłam spokojnie przystąpić do roboty.
To teraz robimy tę cholerną karpatkę.
Szklankę wody i pół kostki masła zagotowujemy w emaliowanym garnku. Do gorącego dodajemy szklankę mąki i mieszamy, aż masa stanie się szklista, czyli jakieś dwie minuty. Uwaga: to należy robić drewnianą łyżką. Odstawiamy do przestudzenia. Po czym dodajemy po jednemu 4–5 jajek i wybijamy to drewnianą łyżką. Ta czynność trwa około 8 minut. Ważne, żeby nie przepatencić. Jeżeli jajca są duże, to wystarczy cztery. W tym czasie możemy dumać nad strukturą bytu, albo o tym, że gdzieś na świecie jest jakiś Odpowiedzialny Mężczyzna, który na nas czeka.
Ocykamy się, wracamy do rzeczywistości. Masę dzielimy na dwie części. Pieczemy je po kolei w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Piekarnik elektryczny powinien być nagrzany, a gazowy nie. Blacha natomiast wysmarowana masłem i posypana mąką. Proces pieczenia jednego placka trwa mniej więcej 50 minut.
Teraz nic nas nie uratuje przed sporządzeniem kremu. Potrzebny jest do tego gęsty budyń, który to (najlepiej sprawdza się „duży budyń” czyli taki z trzech szklanek mleka) budyń należy zmiksować pracowicie z kostką masła. Taki krem jest dość mdły, i dlatego człowiek znający się na rzeczy, chociaż nienawidzi gotowania, dodaje do niego surowe truskawki. Zimą natomiast daje kiwi – ale powinno być dojrzałe, bo inaczej cała robota pójdzie w komin.
Ciasto wykonywane równolegle – innym razem. Zmordowało mnie to pisanie tak samo jak gotowanie. Tfu.
12 października 2005
Czasem samo gotowanie dałoby się jakoś jeszcze przetrzymać, ale wszystko to, co dookoła niego… cholera! Często problem sprowadza się do tego, jak się pozbyć domowników.
Na przykład Nieświętej Pamięci Były Mąż w pewnym sensie nie nastręczał większych kłopotów. Na ogół nie było go w domu, gdyż w tym czasie się rozwijał, a jak był, to spał, bo się zmęczył rozwijaniem. Przez sen NPBM rozwiązywał problemy. Wyłącznie intelektualne. Problemy bytowe pozostawiał mnie. Czyli nawet jak był, to nie kręcił się po kuchni.
Jak człowiek ma przed sobą batalię kuchenną w postaci pieczenia dwóch ciast naraz, to musi zacząć od zgłuszenia kotów. Jest to trudne, ponieważ kot nie pies – nie jest łakomy, nie jest przekupny, nie sprzeda wolności za byle przekąskę. Kręci się pod nogami po kuchni z miną „Daj, pani, daj!” niekoniecznie po to, żeby naprawdę coś wyłudzić. Kręcenie się pod nogami samo w sobie jest ciekawe.
A człowiek głupieje. Ja mam słabość zwłaszcza do Nikity i traktuję ją jak dwulatka.
- Marchewka – powiadam i daję jej powąchać. – Kotki nie jedzą.
- Pomidorek. Kotki nie jedzą.
Tak zdrabniamy i wąchamy. Mięsko. Kotki jedzą. Kukurydza z puszki. Kotki jedzą, jeszcze jak. Bób. Kotki jedzą. Awokado. Jedzą. Piwo. Kotki piją – Leon zawsze kombinuje, jak się napić.
Więc przed pieczeniem dwóch ciast należy kotki zgłuszyć czymś, co kotki jedzą. Ja ugotowałam kurze żołądki (bo serc nie było) i je niby to zostawiłam na stole. Kradzione nie tuczy, a daje mnóstwo radości. Kiedy Leon przyniósł mi kolejny żołądek i złożył w ofierze na kolanach, mogłam spokojnie przystąpić do roboty.
To teraz robimy tę cholerną karpatkę.
Szklankę wody i pół kostki masła zagotowujemy w emaliowanym garnku. Do gorącego dodajemy szklankę mąki i mieszamy, aż masa stanie się szklista, czyli jakieś dwie minuty. Uwaga: to należy robić drewnianą łyżką. Odstawiamy do przestudzenia. Po czym dodajemy po jednemu 4–5 jajek i wybijamy to drewnianą łyżką. Ta czynność trwa około 8 minut. Ważne, żeby nie przepatencić. Jeżeli jajca są duże, to wystarczy cztery. W tym czasie możemy dumać nad strukturą bytu, albo o tym, że gdzieś na świecie jest jakiś Odpowiedzialny Mężczyzna, który na nas czeka.
Ocykamy się, wracamy do rzeczywistości. Masę dzielimy na dwie części. Pieczemy je po kolei w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Piekarnik elektryczny powinien być nagrzany, a gazowy nie. Blacha natomiast wysmarowana masłem i posypana mąką. Proces pieczenia jednego placka trwa mniej więcej 50 minut.
Teraz nic nas nie uratuje przed sporządzeniem kremu. Potrzebny jest do tego gęsty budyń, który to (najlepiej sprawdza się „duży budyń” czyli taki z trzech szklanek mleka) budyń należy zmiksować pracowicie z kostką masła. Taki krem jest dość mdły, i dlatego człowiek znający się na rzeczy, chociaż nienawidzi gotowania, dodaje do niego surowe truskawki. Zimą natomiast daje kiwi – ale powinno być dojrzałe, bo inaczej cała robota pójdzie w komin.
Ciasto wykonywane równolegle – innym razem. Zmordowało mnie to pisanie tak samo jak gotowanie. Tfu.
Masz, babo, placek
Masz, babo, placek
29 lipca 2005
Na proszony obiad do Babki i Dziadka (bułeczka z kawiorem, nalewka, schab pieczony, kartofelki, kapustka, nalewka, nalewka, piwo, piwo) nie wypadało pójść tylko z gębą po kweście. Nawet nędza i bezrobocie to nie jest wystarczający powód.
No więc sporządziło się placek.
Trzy białka ubiło ze szklanką cukru. Potem trzy żółtka wciepnęło do tego. Półtorej szklanki mąki pszennej i pół szklanki mąki ziemniaczanej. Potem pół kostki stopionego masła. Się nie pamiętało, czy placek ten powinien zawierać także mleko, to się nie dało. Na wierzch poszły czarne porzeczki i maliny, bo czerwone jakaś franca już wykupiła, a w deszczu to ja czniam latanie za porzeczkami. Dziadkowi nie wypadało zapytać, czy cos upiekę, to poszedł i kupił wuzetki w Arbełcie. Trochę nas po nich muliło, mniejsza o objawy.
Wnioski są takie, że teraz to zawsze już będę piec na proszony obiad, ale chyba wolę upiec niż narażać Babkę i Dziadka na rozstrój żołądka. Amen.
29 lipca 2005
Na proszony obiad do Babki i Dziadka (bułeczka z kawiorem, nalewka, schab pieczony, kartofelki, kapustka, nalewka, nalewka, piwo, piwo) nie wypadało pójść tylko z gębą po kweście. Nawet nędza i bezrobocie to nie jest wystarczający powód.
No więc sporządziło się placek.
Trzy białka ubiło ze szklanką cukru. Potem trzy żółtka wciepnęło do tego. Półtorej szklanki mąki pszennej i pół szklanki mąki ziemniaczanej. Potem pół kostki stopionego masła. Się nie pamiętało, czy placek ten powinien zawierać także mleko, to się nie dało. Na wierzch poszły czarne porzeczki i maliny, bo czerwone jakaś franca już wykupiła, a w deszczu to ja czniam latanie za porzeczkami. Dziadkowi nie wypadało zapytać, czy cos upiekę, to poszedł i kupił wuzetki w Arbełcie. Trochę nas po nich muliło, mniejsza o objawy.
Wnioski są takie, że teraz to zawsze już będę piec na proszony obiad, ale chyba wolę upiec niż narażać Babkę i Dziadka na rozstrój żołądka. Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)