Nie owiyayąc w bawełnę
22 marca 2008
Idzie ksiądz polną drogą. Przechodzi obok takiego strasznego gospodarstwa. Patrzy, a tam chłop coś kleci z desek. Ksiądz zagaduje:
- Pochwalony, drogi parafianinie! Nad czym tak ciężko pracujesz?
- A, kurwa, kibel nowy stawiam, bo stary się rozjebał.
- O, mój drogi! A nie mógłbyś tego tak trochę owinąć w bawełnę?
Co mam owijać w bawełnę? Dechami opierdolę naokoło i chuj!
To ja wezmę przykład z tego parafianina i nie będę owijać w bawełnę. Wprost powiem, że zrobiłam sernik gotowany, który to sernik jest najdelikatniejszym z serników. Technologia postępowania taka jak przy wyrobie paschy, za to trochę mniej roboty. Poza tym paschy wychodzi tyle, co kot napłakał. Co się nie naje, to się nie naliże. A sernika wychodzi zdecydowanie więcej, więc nawet przeżreć się można.
Kilogram zmielonego sera, 20 deka cukru, pięć jajek, pół kostki masła, rodzynki, drobno pokrojone morele i płatki migdałowe pizgłam do gara i gotowałam na wolnym ogniu. Co to była za męka – trzeba to było od czasu do czasu mieszać!
Kiedy massa trochę odparowała i już się gotowała, wydalając na powierzchnię charakterystyczne bąble, wlałam doń opakowanie budyniu rozkubełtane w niepełnej szklance mleka. Znowu mieszałam, a kiedy massa zagotowała się powtórnie, wyłączyłam gaz.
Formę do ciasta opierdoliłam po dnie herbatnikami „petit beurre”, na herbatniki wylałam gorącą masę serową, a po wierzchu jeszcze raz opierdoliłam herbatnikami.
Nie owijakąc w bawełnę: wesołych świąt!