Obiad stołówkowy na rozmaite sposoby
21. stycznia 2008
„Gazeta” dalej ciągnie zagadnienie obiadów stołówkowych. A ja razem z nią, bo przy śniadaniu poręczniej mi czytać normalny cajtung niż się wślipiać w monitor. Otóż dzisiaj dowiedziałam się, że opracowane przez Ratusz i dietetyków jadłospisy nie zyskały nadzwyczajnego poklasku u intendentów przedszkoli warszawskich już to z powodu kosztów, już to z powodu, że „jak rodzice widzą >kotlet mielony< to wiedzą o co chodzi, a >risotto hiszpańskie< nic im nie mówi”. Prawdę mówiąc – mnie też. Za kotlety dziękuję, a za risotto również. Poza tym nie bardzo rozumiem, po kiego grzyba gotować jakąś zupę włoską, skoro akurat takich zup, jak w naszej części Europy to nie ma nigdzie? My tu mamy zagłębie zupne, i niech Włosi spadają na drzewo banany prostować ze swoją minnestrone, że o Francuzach z ich przepychem, na który składa się zupa julienne (czyli jarzynowa z jarzynami pokrojonymi w zapałkę) oraz consomme (czyli rosołem na zimno) nie wspomnę. W sumie niepotrzebnie ich wysyłam na drzewo, bo jeśli chodzi o zupy, to oni z kulinarnego drzewa nie zleźli. Zupy to tylko w Polsce i w Rosji umieją gotować, o.
Co do kotleta mielonego natomiast. Wychodzę ja kiedyś z łazienki, i jak prawdziwy mężczyzna, którym jestem zmuszona bywać, ostrzegam Dzie(g)cia:
- Nie radzę ci tam wchodzić.
A było to z dziesięć lat temu i Dzie(g)ć uczęszczał naonczas do przedszkola, które zresztą mieściło w się w tym samym budynku, w którym mieszkamy.
Tymczasem Dzie(g)ć zamiast zmilczeć marudzi, że śmierdzi.
- No śmierdzi – powiadam – bo niby co ma innego do roboty? Wszystko, co żyje, śmierdzi.
A ten swoje:
- Śmierdzi. Jak kotlety mielone u nas w przedszkolu.
Wiem, że Dzie(g)ć może nie być zachwycony, że opowiadam historyjkę z jego dzieciństwa. No ale halo, gdybym sama wymyśliła coś tak dobrego, to bym też napisała. A tu licencję poetikę ma Dzie(g)ć.
Wracając do ad remu. Może rzeczywiście podziękujemy państwu za te kotlety mielone, bo one faktycznie nie wonieją fijołkami.
Niemniej jest pewien obiad stołówkowy, który ma u nas aprobatę. Robiłam go w ten weekend, albowiem Dzie(g)ciowi po wymianie szyny i ligatur w aparacie zęby dokuczali. Jedzenie musiało być mientkie. Zrobiłam zatem leniwe pierogi i surówkę z marchwi i jabłka. Przepisu nie podaję, bo chyba jest oczywisty.
Dodam tylko, że złamałam tarkę (plastik z metalem). A już myślałam, że nie przeskoczę siebie – ostatecznie już dwa razy złamałam wałek podczas wałkowania ciasta. Citi, citi, piano, piano; muto d’accento, pierdolamento.