Solanka, soljanka, jak zwał tak zwał, mniejsza o nomenklaturę
3 lutego 2008
Moja kotka Nikita swego czasu gwizdnęła z kosza na śmieci torebkę po herbacie. Zawlokła ją na moje łóżko, na jasne prześcieradło i warowała przy niej z miną „zawsze chciałam takie coś mieć”.
Ja też zawsze chciałam mieć solankę. Czyli zupę rosyjską, w której spotyka się rosyjski rozmach ze śródziemnomorskim smakiem (to jest moje zdanie i go nie zmienię). Wyczytałam, że ta zupa gotowana była na składkowych wiejskich zabawach – każdy przynosił, co tam miał i to wrzucano do wspólnego kotła. Ja bym to włożyła między bajki, no bo co, jeśli jedna połowa biesiadników przyniosła li tylko kiszone ogórcy, a druga przecier pomidorowy. To skąd wzięli całą resztę?!
Właśnie ta cała reszta stanowiła mi zwykle przeszkodę. Soljanka jest fantastyczną zupą albo kiedy ma się spory fundusz, albo jakieś niedobitki na dnie słoika – a to oliwek czarnych, a to zielonych, już to kaparów. Bardzo możliwe zresztą, że to była tylko wymówka i mi się po prostu gotować nie chciało. PŁACHOMU TANCJORU JAJCA MIESZAJUT – mówi przysłowie jak już przy tym folklorze jesteśmy. Mnie na przykład jaja mieszają (jest to moje zdanie i go nie zmienię).
A Dzie(g)ć złożył zamówienie na naleśniki. Że tak strasznie za nim chodzą. Że mogą być nawet w wersji niesłychanie skromnej, to jest pokrojone w paski i podane w rosole jako makaron ostatnia deska ratunku.
No to ugotowałam rosół i usmażyłam naleśniki. Ale wiedziałam, że o ile soljankę zawsze chciałam mieć, tak rosołu nie chcę. Bo niedawno jadłam. I mi się znudził.
Część rosołu odlałam do mniejszego garnka. Pewną część mięsa (pręga i kurza noga) pokroiłam bardzo drobno i wrzuciłam do gara. Dorzuciłam tam jeszcze: dwie łyżki czarnych oliwek, tyle samo zielonych i tyle samo kaparów. Wszystkie produkty w firmy Ole – bo dobre, tanie i krojone w plasterki. Do tego dodałam kilka cienko pokrojonych grzybków marynowanych. Dwa kiszone ogórki obrałam z łupy i pokroiłam w ćwiartki. Pestki wyrzuciłam precz. Ogórki pokroiłam na cieniutkie plasterki i przesmażyłam na maśle po czym wrzuciłam do gara dolewając także ocalony sok od ogórków. Tak samo postąpiłam z przecierem pomidorowym. Z tym, że z przecieru nie wydłubywałam pestek ani go nie kroiłam. Tylko przesmażyłam. Po dziesięciu minutach miałam zupę.
Ja zjadłam ze śmietaną, Dzie(g)ć czystą. Fenomenalna by była z chlebem, ale dzisiaj jest niedziela, a chleb mamy z piątku, więc poleciało z tymi pokrojonymi naleśnikami.
No i potwierdza się stara prawda, że nagrodą za dobrą pracę jest więcej pracy. Teraz robię drugą soljankę, na tym rosole, co to się został, bo nikt go nie kochał. Niedobrze jest coś robić dobrze (to jest moje zdanie i go nie zmienię).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 marca 2013
Obiad w szkole, czyli dno, dwieście metrów mułu i wodorosty. Zupa bagienna gratis.
Obiad w szkole, czyli dno, dwieście metrów mułu i wodorosty. Zupa bagienna gratis.
17 stycznia 2008
Dwa dni temu przeczytałam przy pracowym śniadaniu (białe, niezdrowe bułki posypane dragami, makiem znaczy, z masłem i kindziukiem) we „Wyborczej”, jak to warszawski Ratusz bierze pod lupę jadłospisy ze szkolnych stołówek.
Kampania będzie „Wiem, co jem” i w ramach tej kampanii specjaliści z SGGW opracują 30 jadłospisów – na każdy dzień miesiąca.. Mają to być potrawy zdrowe, apetyczne i niedrogie. Lista dla przedszkolaków jest już gotowa. Teraz Ratusz zajmie się szkołami podstawowymi i być może gimnazjami.
Ha. Ha, ha – zaśmiałam się z ironią.
Od września mamy problem z wyżywieniem Dziegcia w szkole. Beznadziejna sprawa, nie do przewalczenia, można powiedzieć.
Dobre, prywatne liceum, które miesięcznie kosztuje kupę kasy. Na terenie jest też szkoła podstawowa, gimnazjum i prywatna wyższa uczelnia. Dwa bufety. W bufecie są kanapki, zapiekanki, hot-dogi i sałatki.. Czy to jest normalny obiad? Moim zdaniem – nie. Dzieć miewa dni, w których KOŃCZY lekcje o 17. Do domu jedzie godzinę. Ile można żyć sałatkami albo zapiekankami przy takim trybie życia i takim wysiłku umysłowym? W szkole jest też catering. Nie sprawdza się ze względu na jakość jedzenia. Poza tym najdłuższa przerwa jest za krótka, żeby zjeść obiad i porządnie umyć zęby (Dzie(g)ć ma stały aparat). Dodasć jeszcze należy, że obiad na jutro należy zamawiać DZISIAJ. Jak się jutro rozchorujesz, to przepadło, zwrotu kasy nie będzie.
Nawet jeśli moją nienawiść do gotowania schowam do kredensu i zapchnę ją prodiżem, po powrocie z pracy nie mam ochoty na gotowanie obiadu. Przeważnie czeka na mnie zmywanie ze śniadania – rano nie zdążam tego zrobić. Chodzenie na ósmą do pracy to jest dla mojego wytwornego organizmu wysiłek niewyobrażalny. Zresztą, niezależnie od tego, co myślę na temat gotowania, obiad powinno się jeść w porze obiadu, a nie wieczorem. Bo wieczorem to jest już czas najwyższy na kolację.
A teraz zupa bagienna. Nazwę swoją zawdzięcza zapewne konsystencji i temu, że wygląda jak staw porośnięty rzęsą.
Półtorej paczki mrożonego groszku gotuje się na wodzie. Chyba, że ma się rosół albo wywar z warzyw. Tego wywaru nie powinno być za dużo. Niektórzy dodają do gotowania białe części dymki. Jak dymki się ugotują, to je wywalają do kosza. Następnie zupę zasila się brykietem pokrojonej byle jak mozarelli. Miksuje się „żyrafą” albo w blenderze. Nalewa i zjada na przykład z groszkiem ptysiowym.
Jest to dobre, ale nikomu nie będę wmawiać, że robi za pełnowartościowy obiad.
17 stycznia 2008
Dwa dni temu przeczytałam przy pracowym śniadaniu (białe, niezdrowe bułki posypane dragami, makiem znaczy, z masłem i kindziukiem) we „Wyborczej”, jak to warszawski Ratusz bierze pod lupę jadłospisy ze szkolnych stołówek.
Kampania będzie „Wiem, co jem” i w ramach tej kampanii specjaliści z SGGW opracują 30 jadłospisów – na każdy dzień miesiąca.. Mają to być potrawy zdrowe, apetyczne i niedrogie. Lista dla przedszkolaków jest już gotowa. Teraz Ratusz zajmie się szkołami podstawowymi i być może gimnazjami.
Ha. Ha, ha – zaśmiałam się z ironią.
Od września mamy problem z wyżywieniem Dziegcia w szkole. Beznadziejna sprawa, nie do przewalczenia, można powiedzieć.
Dobre, prywatne liceum, które miesięcznie kosztuje kupę kasy. Na terenie jest też szkoła podstawowa, gimnazjum i prywatna wyższa uczelnia. Dwa bufety. W bufecie są kanapki, zapiekanki, hot-dogi i sałatki.. Czy to jest normalny obiad? Moim zdaniem – nie. Dzieć miewa dni, w których KOŃCZY lekcje o 17. Do domu jedzie godzinę. Ile można żyć sałatkami albo zapiekankami przy takim trybie życia i takim wysiłku umysłowym? W szkole jest też catering. Nie sprawdza się ze względu na jakość jedzenia. Poza tym najdłuższa przerwa jest za krótka, żeby zjeść obiad i porządnie umyć zęby (Dzie(g)ć ma stały aparat). Dodasć jeszcze należy, że obiad na jutro należy zamawiać DZISIAJ. Jak się jutro rozchorujesz, to przepadło, zwrotu kasy nie będzie.
Nawet jeśli moją nienawiść do gotowania schowam do kredensu i zapchnę ją prodiżem, po powrocie z pracy nie mam ochoty na gotowanie obiadu. Przeważnie czeka na mnie zmywanie ze śniadania – rano nie zdążam tego zrobić. Chodzenie na ósmą do pracy to jest dla mojego wytwornego organizmu wysiłek niewyobrażalny. Zresztą, niezależnie od tego, co myślę na temat gotowania, obiad powinno się jeść w porze obiadu, a nie wieczorem. Bo wieczorem to jest już czas najwyższy na kolację.
A teraz zupa bagienna. Nazwę swoją zawdzięcza zapewne konsystencji i temu, że wygląda jak staw porośnięty rzęsą.
Półtorej paczki mrożonego groszku gotuje się na wodzie. Chyba, że ma się rosół albo wywar z warzyw. Tego wywaru nie powinno być za dużo. Niektórzy dodają do gotowania białe części dymki. Jak dymki się ugotują, to je wywalają do kosza. Następnie zupę zasila się brykietem pokrojonej byle jak mozarelli. Miksuje się „żyrafą” albo w blenderze. Nalewa i zjada na przykład z groszkiem ptysiowym.
Jest to dobre, ale nikomu nie będę wmawiać, że robi za pełnowartościowy obiad.
Zjedliśmy materiał badawczy z biologii
Zjedliśmy materiał badawczy z biologii
26 marca 2007
Dzieć miał zrobić doświadczenie z biologii. Miał ochotę zrobić jakieś doświadczenie – o ile się orientuję – na drożdżach. Niestety, pani uczycielka uparła się, że w celu nabywania doświadczenia, należy zasadzić rzeżuchę. Trudno ucha cha, trudno – chociaż istniało poważne niebezpieczeństwo, że do doświadczenia z rzeżuchą dołożą swoje pięć groszy kręgowce..
No i owszem, dołożyły. Na jednej z próbek kontrolnych widać wyraźnie było ślad kociej łapy. Niemniej próbka zrobiła swoje, próbka mogła odejść. Odeszła w postaci zupy z rzeżuchy.
Trzy spore ziemniaki rozgotowało się w dwóch szklankach domowego bulionu z kury. Dodało się jeszcze szklankę wrzątku, bo bulion był wyjątkowo esencjonalny, co tłumiło nieco rzeżuchę. Do tego wrzuciło się mniej więcej trzy szklanki – to jest trzy próbki doświadczenia w postaci wyhodowanej na własnym parapecie rzeżuchy. Całość się zmiksowało, a zjadło z groszkiem ptysiowym.
Nie będę nikomu wciskać kitu, że się strasznie przy tym napracowałam, gdyż cechuje mnie obiektywizm i skromność
26 marca 2007
Dzieć miał zrobić doświadczenie z biologii. Miał ochotę zrobić jakieś doświadczenie – o ile się orientuję – na drożdżach. Niestety, pani uczycielka uparła się, że w celu nabywania doświadczenia, należy zasadzić rzeżuchę. Trudno ucha cha, trudno – chociaż istniało poważne niebezpieczeństwo, że do doświadczenia z rzeżuchą dołożą swoje pięć groszy kręgowce..
No i owszem, dołożyły. Na jednej z próbek kontrolnych widać wyraźnie było ślad kociej łapy. Niemniej próbka zrobiła swoje, próbka mogła odejść. Odeszła w postaci zupy z rzeżuchy.
Trzy spore ziemniaki rozgotowało się w dwóch szklankach domowego bulionu z kury. Dodało się jeszcze szklankę wrzątku, bo bulion był wyjątkowo esencjonalny, co tłumiło nieco rzeżuchę. Do tego wrzuciło się mniej więcej trzy szklanki – to jest trzy próbki doświadczenia w postaci wyhodowanej na własnym parapecie rzeżuchy. Całość się zmiksowało, a zjadło z groszkiem ptysiowym.
Nie będę nikomu wciskać kitu, że się strasznie przy tym napracowałam, gdyż cechuje mnie obiektywizm i skromność
Koniec męki pańskiej?
Koniec męki pańskiej?
16 grudnia 2006
Strasznie mnie śmieszyło, kiedy na jesieni „Gazeta Wyborcza” publikując cykl tekstów na temat diet, odżywiania i temu podobnych rzeczy, lamentowała, jak to lud pracujący źle się odżywia. Równocześnie rozmaici besserwisserzy wymądrzali się, jak to pięknie i zdrowo można się odżywiać, będąc pracownikiem branży dowolnej. I jakie to jest proste i w zasięgu ręki.
No, ja nie wiem. Mnie się odżywianie rozregulowało zupełnie, odkąd pracuję w PI. PI ma siedzibę na starówce, gdzie zupina kosztuje złotych polskich pięć, a jeżeli taka zupa ma być pełnowartościowym posiłkiem, to ja wymiękam. Jest tu także bar mleczny. Ostatnio zaryzykowałam w nim zupę pomidorową. We wnętrzu swym przedmiotowa zupa zawierała ocet i cukier, więc to naprawdę było ryzyko. Bar owszem lubię, ale raczej z powodów sentymentalnych. Wpada do niego na posiłki wataha wróbli.
Wróble, jak wiadomo, mają bardzo dużą odległość ucieczki. Te jednak są jakieś zmutowane czy też oswojone: podfruwają na pół metra od człowieka.
W PI nie było także mikrofali.
W takich okolicznościach przyrody jedynym pomysłem na posiłek przy biurku mogły być kanapki, drożdżówki, tonące w majonezie sałatki oraz chińskie zupki.
No i właśnie wczoraj PI zafundowała nam: porządny ekspres do kawy, mikrofalę, nowy czajnik i nowy filtr.
Tak się nieprzyjemnie składa, że ja bardzo dobrze wiem, czego potrzebuje mój organizm. Otóż on potrzebuje prawdziwej kawy, a nie rozpuszczalnej i ciepłego jedzenia w samo południe.
Podniesiona na duchu tym powiększonym stanem posiadania oraz pespektywą wreszcie się porządnego odżywiania, sporządziłam zupę brokułową.
Dwa kartofle, pół paczki mrożonego kalafiora i odnóża od brokuła zalałam wrzątkiem z kostką rosołową. Kiedy wszystko było miękkawe, dodałam różyczki od brokułów, a kiedy ugotowały się i one, wszystko zmiksowałam. Zupkę posypałam świeżo uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałów.
Niestety! Do pracy to tej zupy nie zostało nic.
16 grudnia 2006
Strasznie mnie śmieszyło, kiedy na jesieni „Gazeta Wyborcza” publikując cykl tekstów na temat diet, odżywiania i temu podobnych rzeczy, lamentowała, jak to lud pracujący źle się odżywia. Równocześnie rozmaici besserwisserzy wymądrzali się, jak to pięknie i zdrowo można się odżywiać, będąc pracownikiem branży dowolnej. I jakie to jest proste i w zasięgu ręki.
No, ja nie wiem. Mnie się odżywianie rozregulowało zupełnie, odkąd pracuję w PI. PI ma siedzibę na starówce, gdzie zupina kosztuje złotych polskich pięć, a jeżeli taka zupa ma być pełnowartościowym posiłkiem, to ja wymiękam. Jest tu także bar mleczny. Ostatnio zaryzykowałam w nim zupę pomidorową. We wnętrzu swym przedmiotowa zupa zawierała ocet i cukier, więc to naprawdę było ryzyko. Bar owszem lubię, ale raczej z powodów sentymentalnych. Wpada do niego na posiłki wataha wróbli.
Wróble, jak wiadomo, mają bardzo dużą odległość ucieczki. Te jednak są jakieś zmutowane czy też oswojone: podfruwają na pół metra od człowieka.
W PI nie było także mikrofali.
W takich okolicznościach przyrody jedynym pomysłem na posiłek przy biurku mogły być kanapki, drożdżówki, tonące w majonezie sałatki oraz chińskie zupki.
No i właśnie wczoraj PI zafundowała nam: porządny ekspres do kawy, mikrofalę, nowy czajnik i nowy filtr.
Tak się nieprzyjemnie składa, że ja bardzo dobrze wiem, czego potrzebuje mój organizm. Otóż on potrzebuje prawdziwej kawy, a nie rozpuszczalnej i ciepłego jedzenia w samo południe.
Podniesiona na duchu tym powiększonym stanem posiadania oraz pespektywą wreszcie się porządnego odżywiania, sporządziłam zupę brokułową.
Dwa kartofle, pół paczki mrożonego kalafiora i odnóża od brokuła zalałam wrzątkiem z kostką rosołową. Kiedy wszystko było miękkawe, dodałam różyczki od brokułów, a kiedy ugotowały się i one, wszystko zmiksowałam. Zupkę posypałam świeżo uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałów.
Niestety! Do pracy to tej zupy nie zostało nic.
Zupa z ziemniaków i porów
Zupa z ziemniaków i porów
18 stycznia 2006
Ja o tej zupie to sobie mogę na razie pomarzyć. Po pierwsze, lekarstefko ma działania uboczne – takie same zresztą jak dwa lata temu. Przez pierwszych parę dni absolutna suchość w ustach. Zero śliny. A bez śliny trudno łykać. Plus straszny głód, a równocześnie odrzut od żarcia. Po drugie, Młodzież Wszechdomowa nie lubi zup zabielanych – wyjątkiem jest bą żur oraz ogórkowa. Ale Młodzież Wszechdomowa dryfuje w dobrym kierunku, więc kto wie.
Na razie piszę to platonicznie, a w gardle mam gulę jak z papieru, już używanego.
Półtorej szklanki ziemniaków pokrojonych w plastry, tyle samo białych części porów także pokrojonych w plastry gotuje się w 6 szklankach rosołu. Na koniec dodaje się pół szklanki śmietany. Byłoby jeszcze lepsze, gdyby to zrobił ktoś inny i podsunął nam pod nos.
Obiecany list do redakcji i dobre niusy między wypoconym w trudzie i znoju intelektualnym listem motywacyjnym, wypełnianiem kupy druków z przewagą druków, pisaniem tekstu, sekwestrowaniem długów, kupowaniem walizki i waluty i innymi pierdołami.
Zza stołu nadawał dla Państwa Cot z bolącym z głodu żołądkiem.
18 stycznia 2006
Ja o tej zupie to sobie mogę na razie pomarzyć. Po pierwsze, lekarstefko ma działania uboczne – takie same zresztą jak dwa lata temu. Przez pierwszych parę dni absolutna suchość w ustach. Zero śliny. A bez śliny trudno łykać. Plus straszny głód, a równocześnie odrzut od żarcia. Po drugie, Młodzież Wszechdomowa nie lubi zup zabielanych – wyjątkiem jest bą żur oraz ogórkowa. Ale Młodzież Wszechdomowa dryfuje w dobrym kierunku, więc kto wie.
Na razie piszę to platonicznie, a w gardle mam gulę jak z papieru, już używanego.
Półtorej szklanki ziemniaków pokrojonych w plastry, tyle samo białych części porów także pokrojonych w plastry gotuje się w 6 szklankach rosołu. Na koniec dodaje się pół szklanki śmietany. Byłoby jeszcze lepsze, gdyby to zrobił ktoś inny i podsunął nam pod nos.
Obiecany list do redakcji i dobre niusy między wypoconym w trudzie i znoju intelektualnym listem motywacyjnym, wypełnianiem kupy druków z przewagą druków, pisaniem tekstu, sekwestrowaniem długów, kupowaniem walizki i waluty i innymi pierdołami.
Zza stołu nadawał dla Państwa Cot z bolącym z głodu żołądkiem.
sobota, 23 marca 2013
Zupa dziadowska
Zupa dziadowska
30 grudnia 2005
Stary rok zostanie zamknięty konsumpcją zupy, zwanej dziadowską, gdyż rok ten był dla mnie ni plus ni moins, tylko dziadowski.
No to tak. Ugotowałam włoszczyznę. Jak się ugotowała, odłowiłam ją i wrzuciłam do wywaru ziemniaki pokrojone w kostkę. Następnie pizgłam do gara zacierki. W wersji ortodoksyjnej dodaje się jeszcze cebulę, podsmażoną na oleju. Ponieważ ja nie jestem ortodoksyjna, tylko wręcz przeciwnie, jak najbardziej reformowana, tę daną cebulę (prawdę mówiąc: dwie) podsmażyłam na bekonie.
Szczęśliwego Nowego Roku, żeby Państwa nie bolało w boku (w kroku?!). Żeby jedyną dziadowską rzeczą w Waszym życiu, była zupa dziadowska.
30 grudnia 2005
Stary rok zostanie zamknięty konsumpcją zupy, zwanej dziadowską, gdyż rok ten był dla mnie ni plus ni moins, tylko dziadowski.
No to tak. Ugotowałam włoszczyznę. Jak się ugotowała, odłowiłam ją i wrzuciłam do wywaru ziemniaki pokrojone w kostkę. Następnie pizgłam do gara zacierki. W wersji ortodoksyjnej dodaje się jeszcze cebulę, podsmażoną na oleju. Ponieważ ja nie jestem ortodoksyjna, tylko wręcz przeciwnie, jak najbardziej reformowana, tę daną cebulę (prawdę mówiąc: dwie) podsmażyłam na bekonie.
Szczęśliwego Nowego Roku, żeby Państwa nie bolało w boku (w kroku?!). Żeby jedyną dziadowską rzeczą w Waszym życiu, była zupa dziadowska.
Kichanie w banie
Kichanie w banie
22 listopada 2005
22 listopada 2005
Kiedy pracowałam w piśmie typu „Ania z Zielonego Wzgórza”, to pismo to miało rubrykę savoir-vivre’u- „Ada, to nie wypada”. Kiedyś napisała jakaś czytelniczka: Droga Ado! Moje ciocie mnie przy każdej okazji dręczą nietaktownym pytaniem: „Kiedy wreszcie wyjdziesz za mąż?” Studiuję, więc jestem zajęta, no i nie spotkałam dotąd nikogo, z kim chciałabym się związać na resztę życia. A w ogóle, co je to obchodzi. Czy mogę odpowiadać tak, jak do tej pory: – Nie mam czasu na pierdoły!
Oczywiście Ada odpisała:
- Jezus Maria! Dziewczyna, wydawałoby się kulturalna, studiująca, a wyraża się jak facet spod budki z piwem!
Ponieważ ja już nie studiuję, a budki całkiem gdzieś zniknęli, to sobie pozwolę nazwać rzecz po imieniu: dzisiaj nie miałam czasu na pierdoły. Dzień był stresujący, terminy napięte, więc obiad miał się zrobić poniekąd sam.
Kupiłam pół kilograma dyni, zwanej także banią. Pozbawiłam ją skóry i pokroiłam w kostkę. Przesmażyłam na maśle wraz z połówką cebuli i jasną częścią pora.
To samo uczyniłam z pokrojonymi w kostkę: marchewką (jedną sztuką), pietruszką (jedną, niebogą)i szczątkiem selera. Wszystko zmagazynowałam w garnku, zalałam dużym kubkiem bulionu warzywnego (z kostki), dorzuciłam łyżeczkę vegety i odrobinę gałki muszkatołowej. Przykryłam i się gotowało, a ja fruwałam w necie.
Następnie zupę zmiksowałam, dolałam do niej sok z sosistej pomarańczy i doprawiłam: pieprzem oraz śmietaną.
Do takiej zupy najlepsze byłyby zacierki, ale co to, to nie. Nie miałam czasu na pierdoły, a za to miałam ryż z wczoraj. Całość na wydaniu została lekko oprószona świeżo zmielonym pieprzem oraz świeżo wyjętą z zamrażarki natką pietruszki.
Nieprzyjemne jest w tym chyba tylko to, że nie mam czasu na pierdoły w dalszym ciągu. Zamiast trawić, klepać się i głaskać po brzuchu, muszę wyjść w tę noc i mgłę.
Oczywiście Ada odpisała:
- Jezus Maria! Dziewczyna, wydawałoby się kulturalna, studiująca, a wyraża się jak facet spod budki z piwem!
Ponieważ ja już nie studiuję, a budki całkiem gdzieś zniknęli, to sobie pozwolę nazwać rzecz po imieniu: dzisiaj nie miałam czasu na pierdoły. Dzień był stresujący, terminy napięte, więc obiad miał się zrobić poniekąd sam.
Kupiłam pół kilograma dyni, zwanej także banią. Pozbawiłam ją skóry i pokroiłam w kostkę. Przesmażyłam na maśle wraz z połówką cebuli i jasną częścią pora.
To samo uczyniłam z pokrojonymi w kostkę: marchewką (jedną sztuką), pietruszką (jedną, niebogą)i szczątkiem selera. Wszystko zmagazynowałam w garnku, zalałam dużym kubkiem bulionu warzywnego (z kostki), dorzuciłam łyżeczkę vegety i odrobinę gałki muszkatołowej. Przykryłam i się gotowało, a ja fruwałam w necie.
Następnie zupę zmiksowałam, dolałam do niej sok z sosistej pomarańczy i doprawiłam: pieprzem oraz śmietaną.
Do takiej zupy najlepsze byłyby zacierki, ale co to, to nie. Nie miałam czasu na pierdoły, a za to miałam ryż z wczoraj. Całość na wydaniu została lekko oprószona świeżo zmielonym pieprzem oraz świeżo wyjętą z zamrażarki natką pietruszki.
Nieprzyjemne jest w tym chyba tylko to, że nie mam czasu na pierdoły w dalszym ciągu. Zamiast trawić, klepać się i głaskać po brzuchu, muszę wyjść w tę noc i mgłę.
Zza stołu nadawał dla Państwa Cot w drewniakach.
Siedem obiadów z jednego rosołu
Siedem obiadów z jednego rosołu
24 września 2005
Nikt mi nie powie, że zupina z dwóch skrzydełek i jednej nogi hodowlanego kuraka to rosół. Cyrkonia nie będzie brylantem. Ani wiskoza jedwabiem. Mam pod korą więcej takich porównań, ale na tym poprzestanę.
I już wiem, dlaczego od lat nie gotowałam rosołu.
Po pierwszego: nie ma już na tym świecie porządnych kur. To znaczy – może i są. Ale nie w sklepach.
Po drugiemu: dobry, prawdziwy rosół to rujnacja. Kosztuje majątek.
Proszę bardzo: kawał antrykotu albo innej pręgi. Pół kury. Serduszka kurzęce. Dwie włoszczyzny. Pęczek pietruchy.
Dodatki poniekąd za darmo – jak na przykład listek laurowy uskubany z krzewu na oknie.
W sumie – jakieś 15 euro, czyli 10 procent zasiłku dla bezrobotnych. No, zbytek po prostu.
To tyle w kwestii formalnej.
Czuję się jednak usprawiedliwiona. Mając kasłającego, zakatarzonego przez nie ogrzewaną szkołę Dziecia, policzyłam sobie. Trzeba zrobić będzie badanie moczu. Jest piątek po południu, czyli badanie prywatnie. Bez tego pediatra, dottore molto educate, doktor M., będzie marudził. Z moczem czy bez, skasuje mnie na 150 zł (nie opodatkowane). Nadto zarobi na mnie przemysł farmaceutyczny. Następnie wykończy mnie pilnowanie godzin przyjmowania leków. A gotować i tak będzie trzeba. Chory Dzieć nie będzie miał apetytu ani ochoty na nic. I tak do wiosny. Czyli rosół i tak się lepiej opłaci.
Rosół wyszedł nie powiem, całkiem do rzeczy. W pierwszej kolejności został zaaplikowany z kubeczka, wzmocniony surowym żółtkiem.
Następnie w wykwintnej wersji francuskiej, z ryżem, na wydaniu zaprawiony świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny.
No i teraz mamy łamigłówkę z cyklu „Siedem obiadów z jednej gęsi”. Jak zagospodarować te warzywa i mięso? W czasach prosperity oddałabym je pewnie kotom. Ale czasy prosperity mam daleko za sobą.
Sztukamięs? Ha, ha. To tak jak z tym rosołem na skrzydełku. Żeby wyjąć z rosołu prawdziwą, dobrą sztukę mięsa – trzeba mieć dwie sztuki mięsa. Jedną na zmarnowanie czyli na rosół, a drugą wsadzoną tam z premedytacją znacznie później.
Ech, cholerny świat.
24 września 2005
Nikt mi nie powie, że zupina z dwóch skrzydełek i jednej nogi hodowlanego kuraka to rosół. Cyrkonia nie będzie brylantem. Ani wiskoza jedwabiem. Mam pod korą więcej takich porównań, ale na tym poprzestanę.
I już wiem, dlaczego od lat nie gotowałam rosołu.
Po pierwszego: nie ma już na tym świecie porządnych kur. To znaczy – może i są. Ale nie w sklepach.
Po drugiemu: dobry, prawdziwy rosół to rujnacja. Kosztuje majątek.
Proszę bardzo: kawał antrykotu albo innej pręgi. Pół kury. Serduszka kurzęce. Dwie włoszczyzny. Pęczek pietruchy.
Dodatki poniekąd za darmo – jak na przykład listek laurowy uskubany z krzewu na oknie.
W sumie – jakieś 15 euro, czyli 10 procent zasiłku dla bezrobotnych. No, zbytek po prostu.
To tyle w kwestii formalnej.
Czuję się jednak usprawiedliwiona. Mając kasłającego, zakatarzonego przez nie ogrzewaną szkołę Dziecia, policzyłam sobie. Trzeba zrobić będzie badanie moczu. Jest piątek po południu, czyli badanie prywatnie. Bez tego pediatra, dottore molto educate, doktor M., będzie marudził. Z moczem czy bez, skasuje mnie na 150 zł (nie opodatkowane). Nadto zarobi na mnie przemysł farmaceutyczny. Następnie wykończy mnie pilnowanie godzin przyjmowania leków. A gotować i tak będzie trzeba. Chory Dzieć nie będzie miał apetytu ani ochoty na nic. I tak do wiosny. Czyli rosół i tak się lepiej opłaci.
Rosół wyszedł nie powiem, całkiem do rzeczy. W pierwszej kolejności został zaaplikowany z kubeczka, wzmocniony surowym żółtkiem.
Następnie w wykwintnej wersji francuskiej, z ryżem, na wydaniu zaprawiony świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny.
No i teraz mamy łamigłówkę z cyklu „Siedem obiadów z jednej gęsi”. Jak zagospodarować te warzywa i mięso? W czasach prosperity oddałabym je pewnie kotom. Ale czasy prosperity mam daleko za sobą.
Sztukamięs? Ha, ha. To tak jak z tym rosołem na skrzydełku. Żeby wyjąć z rosołu prawdziwą, dobrą sztukę mięsa – trzeba mieć dwie sztuki mięsa. Jedną na zmarnowanie czyli na rosół, a drugą wsadzoną tam z premedytacją znacznie później.
Ech, cholerny świat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)