W akcie desperacji
10 marca 2006
No querva. Jeden procent był, że coś mi się nie uda i proszę: nie udało się.
I w dodatku w „Emilu” nie ma bloku z białej czekolady. Na pytanie, kiedy blok przybędzie, smutna panienka rzekła, wskazując blok z cacao:
- Nieprędko, bo dopiero co ten przyjechał.
Ja się nie dziwię, że ta panienka taka smutna. Po pierwsze: ma tylko blok z cacao. Po drugie: czy ja tam przyjdę o dziesiątej rano, czy o dziesiątej wieczorem, to – nawet jak bloku nie ma – panienka, owszem, jest.
Na różne rzeczy wpływu nie mam. Ale na blok to mogę mieć. No to wpłynęłam. W garze rozpuściłam dwie szklanki cukru pudru w połowie szklanki wody. Następnie rozpuściłam w tym tabliczkę białej czekolady. Dodałam niepełną kostkę masła (bo całej mi było szkoda). Następnie wrzuciłam do gara opakowanie mleka w proszku. Wyłączyłam gaz.
Pomięszałam całość, a następnie do gara pizgłam: niepełną torebkę suszonych moreli (pokrojonych i wcześniej namoczonych), niepełną torebkę śliwek kalifornijskich (jak wyżej), torebkę herbatników mini Leibnitz (połamanych), a że mam gest, do jeszcze ciepnęłam w to ze dwie garście ryżu preparowanego.
Wyszły dwie foremki keksowe bloga. Jeszcze całkiem nie zastygł (ulubione zdanie grafomanów i Aleksandra Minkowskiego: „Twarz mu stężała”), ale tak go udziabałam. Jest ohydnie słodki i ohydnie dobry.