9 stycznia 2008
Wczoraj usłyszałam z ust jakiegoś politologa czy też może socjologa następujący tekst: „Natura ludzka jest zła, kłamliwa i podstępna, a ludzie mają skłonność do oszustw”. Bardzo mi to pasuje: natura ludzka to jest bladź samarskaja, a o oszustwa człowiek potyka się na każdym kroku. Nawet w programach kulinarnych. Co ujęcie – to kłamstwo bezczelne. A w każdym razie mijanie się z prawdą. A poza tym prawda jest jak dupa – każdy ma swoją.
Proszę bardzo – oto mistrz gara wyciska pomarańczę. Tak po prostu bierze ją w garść, a ona wypuszcza z siebie sok. Inny artysta patelni pokazuje, jak oskalpować czosnek z łupy. W tym celu najpierw po prostu przywala w główkę pięścią, a ona (główka, nie pięść) rozpada się na poszczególne ząbki bez słowa protestu.
Ja bym chciała, żeby kiedyś ktoś nakręcił PRAWDZIWY program o zmaganiach kuchennych. Cot bierze pomarańczę. Dusi ją, dusi, dusi, aż w końcu mdleje ze zmęczenia, a pomarańczy nic. Albo wali tą swoją piąsteczką (rozmiar rękawiczki numer bodajże 8). Czosnek pozostaje virgo intacta, piąstka doznaje w najlepszym wypadku siniaka, a w gorszym – urazu kosteczek.
Z jaką lekkością ci ludzie przenoszą do piekarnika ciężkie brytfanny. I jak równie bezwysiłkowo je stamtąd wyjmują, rozgrzane do czerwoności!
Chętnie wezmę udział w programie kulinarnym, bo od tego wielu ludziom by przeszły wszelkie kompleksy i zrobiłoby się im naprawdę lekko na duszy. A ile pikania by było! Więcej niż u Jerry’ego Springera.
Bardzo by też było zacnie, gdyby kamera pokazała, że rzeczywisty czas wyprodukowania „obiadu w pół godziny” to 50 minut. Albowiem warzywa same się nie umyją i nie pokroją. Same to się nawet kreskówki nie obejrzą.
I jeszcze prosimy pana kamerzystę, żeby zrobił ujęcie wszystkim użytym sprzętom i garom, które trzeba pozmywać. I bardzo proszę pokazać podłogę i blaty kwalifikujące się do mycia. I wór śmieci do wyniesienia.
Bo bez tego to te wszystkie programy można streścić słowami mojego ulubionego bohatera z „Dnia świra”: PIŹDZIU, PIŹDZIU, ZUPA RYBNA.
No. A wczoraj Dziecia dopadła koszmarna migrena, i wszystkie nasze plany (to jest wizyta u ortopedy i wizyta u ortodonty) poszły się ganiać. Migrena, jak wiadomo, to jest przypadłość, której niewiele wiadomo poza tym, że bywa. Nie pomogło jakieś cuś musujące, które podobno pacjenci migrenowi nawet chwalą. I tabletki też nie pomogły.
Po powrocie z pracy zrobiłam Dzieciowi
RUSKIE LEKARSTWO NA MIGRENĘ.
Do mocnej jak siekiera, zaparzonej w ekspresie kawy wcisnęłam z pół cytryny. Ten to zajzajer, niesłodzony, Dzieć wypił – nie bez odrazy. Kawa zawierała (na oko) ilość kofeiny zdolną uczynić słonia bezsennym na jakąś dobę. Po czym Dzieć poszedł w kimę na jakieś półtorej godziny.
A jak wstał to nie miał migreny, tylko wściekłego głoda, na którego otrzymał zupę bagienną. O której inną razą.