Jesienna zaduma
26 października 2006
Smalec idealny składa się tylko w połowie z pół kilograma drobno pokrojonej słoniny. Drugą połowę stanowi pół kilograma wędzonego boczku. Doświadczenie wskazuje, że nader często jest to większa połowa. Produkta te należy usmażyć. Zarówno boczek, jak i słoninę znacznie lepiej się kroi, gdy są lekko podmrożone (co nota bene nie zmienia faktu, że człowiek łapie się na tym, że głośno sam do siebie gada: „Ja chyba zwariowałam. Co mi, ojejusiu, odbiło?!”). Potem należy przelać wszystko (lepiej bez skwarek) do jakiegoś głębszego gara i dorzucić tam: bardzo drobno pokrojoną cebulę i jedno lub dwa utarte jabłka oraz – uwaga, tak jest! – łyżkę dobrego, świeżego mleka. Wszystko to potwornie zakipi, dlatego właśnie tej operacji nie da się przeprowadzić na patelni. Wrzucamy skwarki i niecierpliwie czekamy, aż smalec uzyska bardziej stałą konsystencję.
Zjada się go dosyć niemoralnie: zaczynając od wyżerania skwarek, spóźnialskim i osobom z mniejszym spustem pozostawiając gołą masę.
Smalczyk… chleb… piwko… No, po prostu: poezja śpiewana.