18 listopada 2008
Nie będę was oszukiwać. Ja nie eksperymentuję w kuchni. Jest jak było – gotuję kilka rzeczy na krzyż, kiedy sytuacja mnie zmusza. Przy czym wyjaśniam: jak robię pesto pół na pół z pietruszki i bazylii, nie na orzechach piniowych tylko na migdałach (a jak będę chciała i humor miała, to zrobię na niesolonych pistacjach), to nie uważam tego za szalony eksperyment.
Nie będę was oszukiwać. Ja nie eksperymentuję w kuchni. Jest jak było – gotuję kilka rzeczy na krzyż, kiedy sytuacja mnie zmusza. Przy czym wyjaśniam: jak robię pesto pół na pół z pietruszki i bazylii, nie na orzechach piniowych tylko na migdałach (a jak będę chciała i humor miała, to zrobię na niesolonych pistacjach), to nie uważam tego za szalony eksperyment.
Chociaż… bo ja wiem… W niedzielę zrobiłam na śniadanie owsiankę i ją zjadłam ze smakiem. Piszę o tym, bo może to kogoś zainspiruje. Owsianka jest bardzo zdrowa. Na przykład obniża błyskawicznie poziom cholesterolu. No niech mi ktoś powie, że kuchnia angielska jest niezdrowa. Taki Angol zje jajka na bekonie, ale zje też owsiankę i cholesterol mu szlag od razu trafi.
W kwestiach hodowli kotów eksperymentuję za to, że hej. Na przykład wykąpałam je i wyszłam z tej operacji bez szwanku. Technika była następująca. Kot półdługowłosy rudy na ręcznik. Zasypany delikatną zasypką dla dzieci. Zasypka wtarta z włosem i pod włos. Wyczesana szczotką. Kot wygląda jak miss piękności.
Kota krótkowłosego należałoby wykąpać w ciepłych otrębach. Ale nie miałam, bo zrobiłam porządki w szafce, ponieważ mi się znowu zalęgły te france mole zbożowe. Tymczasem kot krótkowłosy strasznie zazdrościł kotu półdługowłosemu, że został wykąpany. Zresztą, jak weterynarz badał kota rudego to kot krótkowłosy też zazdrościł i uspokoił się dopiero wtedy, kiedy wet na moją prośbę zajrzał mu do paszczy, poświecił w oczy i zęby latarką, obejrzał uszy i – co najważniejsze – osłuchał z poważną miną serce. No to i jego wykąpało się w zasypce..
W nagrodę zrobiłam nam rozgrzewającą zupę curry z soczewicą. Bez żadnych eksperymentów, czyli wszystko jak zwykle.
Łyżeczkę zielonej pasty curry podsmażyłam na oleju (w przepisie nie było powiedziane, jaka to ma być pasta – wywiązała się wielka dyskusja domowa, że niby jak w przepisie nie jest powiedziane jaka, to domyślnie chodzi o żółtą; ja byłam odmiennego zdania, a zresztą żółtej nie mam, więc szkoda strzępić języka).
Następnie dolałam kartonik mleka kokosowego (w przepisie było, zdaje mi się pół litra, ale ja miałam tylko kartonik 250 mililitrowy, a zresztą w domu się nie przelewa, więc bez przesady).
Dodałam pół litra bulionu drobiowego (w przepisie kazały dać litr – ale skąd ja wezmę litr, jak mam pół? Resztę uzupełniłam wodą i połową kostki rosołowej) oraz szklankę suchej czerwonej soczewicy. (i to było zgodne z przepisem, aczkolwiek stwierdzam, że spokojnie tej soczewicy można było dać półtorej szklanki).
Na małym gazie, gaziątku wręcz, gotowało to się około 10 minut.
W tym czasie kroiłam na mniejsze kawałki kukurydzę miniaturową (przepis stanowił o kukurydzy z puszki, ale ponieważ w żadnym z okolicznych sklepów takiej nie mieli, dałam kukurydzki ze słoika, w lekkiej zalewie octowej).
Dorzuciłam je do zupy z prawie całą paczka groszku mrożonego (w przepisie był groszek cukrowy – no ciekawe, skąd ja go wezmę, jak u nas nie bywa).
No i dwie osoby zjadły te zupę w jeden wieczór, chociaż w założeniu to była porcja na cztery osoby. Straszliwie ubolewając, że prosi się ona o kawałki drobno pokrojonych udek kurzęcych – bo pierś jednak sucha jest. Ten element białka przewidziano w oryginalnym przepisie, polecając dodać 10 deka pokrojonych pieczarek.
Jednym słowem – znowu się obeszło bez jakichś szalonych eksperymentów.
Aha. Carrefour Ekspress jest po tysiąckroć gorszy od Kartaginy i jako taki powinien być zburzony.
Aha. Carrefour Ekspress jest po tysiąckroć gorszy od Kartaginy i jako taki powinien być zburzony.